piątek, 26 lipca 2013

Stresy cd.

Postanowiłam nie iść dziś spać.
Po pierwsze dlatego że był dziś bardzo emocjonujący dzień. A po drugie, jutro, a właściwie już dziś - lot. Dwa lata temu było podobnie - noc przed lotem nie mogłam spać. Próbowałam usnąć, po czym poddawałam się i słuchałam muzyki, potem znów próbowałam zasnąć. I tak w kółko.

Ale w sytuacji gdy człowiek rozemocjonowany to klejące się oczy i fizyczne zmęczenie nie wystarczą żeby zasnąć. Przynajmniej ja tak mam.

A czemu dzisiaj było takie stresujące.
Pisałam w poprzednim poście jak to usiłowałam wczoraj zapisać się na klasy. Po wypelnieniu residency questionnaire pokazało mi się że jestem out of state student. Pani z którą sobie czatowałam online wysłała mi stronę z informacjami na temat dokumentów które mają być dostarczone by wyjaśnić sprawę. Ja...Oczywiście nie doczytałam -.- tak jak trzeba i spojrzałam na inną kolumnę dotyczącą zmieniania statusu owszem , ale z "out of DISTRICT" na "in DISTRICT". Nie do końca wiem jak wytłumaczyć district. Chodzi myślę o coś takiego jak rejon w Polsce. No więc, oczywiście o północy, chwilę przed snem stwierdziłam że jeszcze raz zerknę czy mam co trzeba, żeby było gotowe na następny dzień i patrzę...aaaaaaa, a to ja jednak więcej trochę tych papierów potrzebuję. Okazało się że mam dostarczyć rodziców tax returns z poprzedniego roku (podatki). Ja nie wiem gdzie takie dokumenty się znajdują, a Tata śpi. Więc wysłałam maila, żeby rano mógł przeczytać, ale wściekła na siebie siedzę... Rano Tata mnie budzi i mówi tu masz, tu twoje nazwisko, tu to, wszystko cacy myślę sobie. Śniadanko, herbatka, spacerek. Wsiadam do samochodu, jadę sobię, zadowolona, wszystko mam.

Ehe.

Przychodzę, mówię do pana w recepcji co za sprawa, bla bla bla, on mówi ok, ale nie masz wszystkich papierów co trzeba. Ja mówię jak to?! A ten na to, że muszę jeszcze przywieźć list - z firmy potwierdzenie że mój Tata pracował tu od 12 miesięcy, oraz jego prawo jazdy.
Ugh.
Wkurzona, wracam. Szybko przez telefon powiedziałam Rodzicom o co chodzi, ok, też się wkurzyli, że ich tam w tej szkole chyba popierdzieliło. No, a na dodatek office otwarty w piątek do pierwszej tylko. Więc czas goni, a ja dokumenty chcę dostarczyć ponieważ bardzo chciałam zarejestrować się na zajęcia jeszcze przed wylotem.

Udało, się wszystko mam, o 12 pojechałam, z dokumentami, ze wszystkim.

Załatwione. Ulżyło mi.

Jeszcze przed powrotem ze szkoły stwierdziłam, a zajadę do Hobby Lobby. Chciałam karteczki koleżance kupić. Już stoję przy kasie, wyciągam kartę, wklepuję pin... I mi odrzuca kartę. I wiecie kurde jak to głupio jest stać przy kasie, ludzie za tobą, już trzeci raz próbujesz, a kartę odrzuca. Zawstydzona i znowu zdenerwowana podziekowałam, wracam do samochodu. Zwykle nie mam na koncie za dużo, ok przyznaję. Ale wiedziałam że COŚ tam mam na pewno. Więc szybko wchodzę na konto, patrzę o co chodzi, i faktycznie kurde dolar pięćdziesiąt na koncie. DOLAR PIĘĆDZIESIĄT. Patrzę, na co ja tyle nawydawałam. I ostatnia pozycja -$12 "service fee". Hmm... Jakie kur....de service fee? Dobra, pomyślałam, pierniczę, później się zastanowię, jadę do domu.

Wróciłam, postanowiłam zapisać się w końcu na zajęcia.

Trwało to ponad godzinę.

Bardzo dużo do wyboru profesorów, godzin, dni itd. Słyszałam od znajomych o stronie "Rate my professors"., gdzie uczniowie dzielą się przemyśleniami na temat profesorów.  Weźmy dla przykładu pana Andrew, którego nie znam, ale możecie zobaczyć sobie  na jego przykładzie jak ta strona działa. Uważam że bardzo fajne, było pomocne przy wyborze. Ale dlatego też ten wybór był tak czasochłonny.

Po wybraniu zajęć trzeba zapłacić, i jest to ostatni krok oczywiście w tymże procesie. Ale jeszcze zanim się zapłaci to pokazuje system czy możesz się zapisać na tą klasę czy nie. No i pokazało mi, że nie mogę zapisać się na angielski. No to ja znowu wchodzę na czat, i wyjaśniam pani Kate sprawę i pytam o co chodzi i co jest problemem. Coś zmieniła na moim koncie. Niestety nie na tyle żebym mogła się zarejestrować. Powiedziała, że ona nie ma możliwości zrobić nic więcej, że muszę to załatwiać w Admission office ze swoim counselor...Office zamknięte o 1... A była już chyba 3, może koło 4. Także nic z tego. No już stwierdziłam trudno z tym angielskim, załatwię najwyżej po powrocie.
Jeszcze jeden problem się pojawił po drodze.
Stwierdziłam, że zapłacimy chociaż za te pozostałe 3 klasy. No a rachunek wystawiło na $1,500.
Huh??
Ale...
Jak..
Że...
Ile?

Taa, stwierdziłam, że może zmienili mi na IN STATE, ale że możlwie jest że jestem out of district teraz jakimś cudem (co jest btw niemożliwe żebym była out, w sensie no jestem w tym rejonie)... Także znalazłam adresy mailowe tych counselors na stronie szkoły, nasmarowałam maile do dwóch. Tak w razie czego. Jakby jeden nie ogarniał, to może drugi ogarnie.

Ale pomyślałam, przecież musimy dziś zapłacić, nie możemy czekać. Payment trzeba zrobić do północy, bo inaczej klasy przepadają....

Masakra.

Wszystko pod górkę! Poprosiłam Tatę, aby dokonał płatności mimo to, ale nie wpłacał całej kwoty (jest możliwość ustalenia sobie planu płatności, że troche płacisz na początek, trochę później)..... Tak też zrobiliśmy.

A, no a teraz wracając do mojego kochanego banku. Spojrzałam na wszystkie wpłaty wypłaty i okazało się, że oni ciągną tak ode mnie te 12 dolarsów już od jakiegoś czasu. 6 razy tak zrobili!!! 72 dolary! Czujecie to.
Znów smarowałam mail, tym razem do obslugi banku, że bardzo proszę mi oddać pieniądze, i wytłumaczyć za co te service fee.
Oddali mi 12 -.-
I powiedzieli że moje konto przestało być High School account po moich urodzinach. I że od tamtego czasu stało się kontem że tak powiem normalnym, i że gdybym utrzymywała staly balans $5000 miesięcznie to spoko, service fee by nie było.

Mogli jakoś tak...poinformować mnie o zmianie?
$5000 no błagam!

Serdecznie pociękowałam za serwis, i powiedziałam, że w nastęnym miesiącu znajde sobie konto w lepszym banku gdzie nie ma takich opłat, więc się mogą ten tego.

Potem odstresowywałam się zmieniając wygląd bloga. Jak widać.

A teraz siedzę sobie.
Spakowana już.
Oczywiście wydaje mi się że za dużo mam rzeczy i że na pewno jest coś czego nie spakowałam.




2 komentarze: