czwartek, 25 lipca 2013

College, stresy i masło orzechowe

Byłam ostatnio w szkole, do której  będę chodzić w przyszłym roku. Musiałam dostarczyć dokument potwierdzający wszystkie moje szczepienia, transcript (lista wszystkich przedmiotów zaliczonych w przeciągu ostatnich czterech lat wraz z ocenami, wynikami testów SAT i TAKS i generalnie sporą ilością informacji na mój temat, a to wszystko na tylko jednej kartce papieru!) i porozmawiać z counselor. (Counselor to taki doradca, pomaga wybrać przedmioty, odpowiada na pytania dotyczące zapisywania się do szkoły, transferowania do uniwersytetu i tak dalej).

Dałam dokument o szczepieniach, podpisałam potwierdzenie dania dokumentu, a później pani kazała mi wpisać moje imię i nazwisko do komputera. Po wpisaniu imienia pojawiły się trzy nazwiska counselors spośród których miałam wybrać jedno. Jako że żadne nazwisko mi nic nie mówiło, to wybrałam pierwsze lepsze. I w momencie gdy kliknęłam OK to moje imię i nazwisko pojawiło się wraz z nazwiskiem pani którą sobie wybrałam, na telewizorze znajdującym się w poczekalni, w której czekałam około 5 minut. Także chwila minęła i zawołała mnie ta wybrana przeze mnie pani. Okazała się być przemiła. Zaprosiła do gabinetu, zapytała oczywiście jak się czyta moje nazwisko, chwilę poćwiczyła wymowę, w końcu wyszło jej wspaniale, chwilę jeszcze pogadałyśmy o tym skąd jestem i przeszłyśmy do rzeczy. Wydrukowałyśmy degree plan czyli spis wszystkich przedmiotów, które będę musiała zaliczać przez najbliższe cztery lata. Powiedziała, że zanim konkretniej pogadamy o planie lekcji muszę najpierw napisać placement test, by w razie gdybym była do tyłu z matematyki lub angielskiego musiałabym zaliczać jeszcze inne kursy i testy, żeby nadrobić zaległości.

Oczywiście jak to w Ameryce - napisanie testu kosztowało 25 dolarów... Czas nieograniczony, mi zajęło około trzech godzin, ale zacznę od początku.

Na test pojechałam tydzień po rozmowie. Stresowałam się oczywiście, nie tak bardzo samym testem ile trasą do tej szkoły...W ogóle wstałam godzinę później niż chciałam, co już mnie lekko wyprowadziło z równowagi. Po drugie, samochód mam, ale nie jeżdżę jakoś strasznie dużo. To znaczy, inaczej - jeżdżę po trasach znanych mi - do sklepu, na fitness, do koleżanki, wszystko co jest w okolicy domu. Nowa szkoła jest nieco dalej, (20-25 minut jazdy) i kawałek drogi to trasa szybszego ruchu niż ten do którego przywykłam. Generalnie,jeśli jadę z kimś i ten ktoś szybko prowadzi to jestem ok, spoko, ale jeśli ja mam jechać szybko i jeszcze zmienić pas (!) to już trochę się denerwuję. Także ulicami gdzie jadę prędkością dla mnie jak najbardziej komfortową dojeżdżam do takiej drogi, która nazywa się Interstate 10 Frontage Rd i jest drogą która ciągnie się wzdłuż autostrady.  Droga jest trzy/cztero pasmowa i dojeżdżam nią do mega skrzyżowania, które gdy zobaczyłam po raz pierwszy to zrobiłam taaakie wielkie oczy... Konstrukcja dróg robi wrażenie. I jadąc muszę pamiętać kiedy zmienić pas, jak się pojawią trzy pasy do skręcania w lewo to na którym mam się ustawić i tak dalej... Ale pewnie kilka takich jazd w tę i z powrotem i się przyzwyczaję.
Tak ta zawijanka dróg wygląda z góry. Nieźle, co?



W każdym razie, jeszcze przed wyjazdem, spojrzałam na karteczkę, którą dostałam od pani counselor , gdzie znajdowały się informacje co to za test, z czego, gdzie, jak znaleźć pytania przykładowe itd. Chciałam z rana jeszcze te przykładowe pytania porobić, więc biorę karteczkę do ręki, otwieram komputer.... Patrzę, a na kartce jest napisane że Testing Center, w piątki (a był to właśnie piątek) jest otwarty do godziny 1. Była 10 z kawałkiem. Test podobno trwa 3 godziny. Więc stres znowu, ale stwierdziłam że i tak pojadę. Zastanawiałam sie jak ja ten Testing Center znajdę wśród tylu korytarzy, ale ku mej radości na ścianach w szkole są mapy, kierunkowskazy (oh jak było mi to potrzebne dwa lata temu w Westside HS!!) więc raczej bez trudu znalazłam salę. Na drzwiach napisane jeszcze inne godziny - że do 12. Załamałam ręce, już wyciągam telefon, chciałam karteczce z godzinami zrobić zdjęcie, ale nie zdąrzyłam bo jakaś pani mówiąca z indiańskim, to znaczy hinduskim ;) akcentem zaczepiła mnie. I mówi, że owszem od 9 do 12 ale PRZYJMUJĄ  w tych godzinach, a zamykają o 3:30. A nawet jeżeli nie zdąrzę napisać, to mogę spokojnie dokończyć innego dnia. Ulżyło mi, (zdecydowanie za dużo panikuję) poszłam zapłacić za test i zasiadłam za ekranem komputera.  Najpierw było czytanie...Nie przepadam za tą częścią testu, ponieważ nudne artykuły o rolnikach, czy zwyczajach ludzi jeżdżacych rowerem do pracy nieszczególnie mnie interesuje. Później była matematyka, która poszła mi szybko i raczej bezproblemowo (thankyougodformrfrench). Na koniec pisanie, które polegało na poprawianiu błędów w dwóch czy trzech esejach, co też raczej lubię, bo w miarę łatwo zauważam błędy, a potem sama musiałam napisać esej. Zdąrzyłam przed 3:30 więc wszystko dobrze się skonczyło. Pani od razu wydrukowała wynik.

Apropos jeszcze tego eseju/eseja (?), tematem było mieszkanie na collegowym kampusie vs. mieszkanie poza kampusem w apartamencie. Dało mi to do myślenia i sama teraz przemyśliwuję, gdzie wolałabym zamieszkać w moim wymarzonym A&M. Na szczęście jeszcze jest czas.  Szczerze mówiąc, skłaniam się do uczęszczania w Houston Community College więcej niż rok. Ze względu oczywiście na pieniądze. Szczerze, przerażają mnie koszty uniwersytetu. Chciałabym do A&M oczywiście pojechać wcześniej, bo naprawdę jak pomyślę sobie o tych moich przeprowadzkach... Rok w mat-fizie, rok w biol-chemie, 2 lata w Westside, 2 lata HCC, 2 lata A&M... Ale może tak już ma być, no zobaczymy.

Tak czy siak,gdy skończyłam test, Admission Office było już zamknięte, musiałam czekać do poniedziałku z ponowną wizytą u counselor. A porozmawiać musiałam znów - o tych właśnie wynikach testu. Które jak się później okazało są dobre, i nie mam co nadrabiać, od razu idę na college level classes.

Powiedziała mi że klasy do których mam się zarejestrować to:
EDUC 1300
ENGL 1301
BIOL 1406
MATH 2413

Cokolwiek te numery oznaczają ;)

Nie no, znaczą te numery, i to znaczą dużo. Np MATH 2413 to calculus a MATH 1324 to algebra. Plus, musze wiedzieć które klasy muszę zaliczać zgodnie z planem zajęć mojego kierunku w A&M, żeby mogły się transferować z HCC i żebym nie musiała niczego powtarzać.

Chciałam już dziś zarejestrować się na te zajecia... Najpierw musiałam uzupełnić Residency Questionnaire, żeby stwierdzić czy jestem in state czy out of state student. Zwykle dla tych z innych stanów koszty są większe. Przykładowo, w mojej szkole jeden semestr dla in state to $880 a dla out of state to $2030. No i nie mam pojęcia czemu, ale system pokazał że jestem US resident ale out of state. Nie rozumiem zupełnie dlaczego, skoro trzy razy wpisywałam adres do systemu, i w ogóle...Może gdzieś przypadkiem coś źle kliknęłam... No w każdym bądź razie, skontaktowałam się z jakąś doradczynią online, co generalnie uważam za bardzo pomocne, że można w kwestii jakikolwiek pytań wejść na stronę szkoły i porozmawiać na czacie z jednym z doradców. Szczególnie jest dobre dla osób które nie lubią rozmawiać przez telefon!
No i okazało się, że faktycznie coś musiało pójść nie tak, pani wysłała mi link z listą dokumentów, z których mam przywieźć dwa żeby mogli to zmienić w systemie. Czyli np. prawo jazdy i ubezpieczenie samochodu. Trochę się zdenerwowałam (ah! znowu!), że takie komplikacje, ponieważ piątek chciałam poświęcić na pakowanie. Nawet nie wiem jeszcze co chcę wziąć do Polski, nie wiem w ogóle jakie ciuchy wziąć, bo z tego co słyszę to raz zimno, raz ciepło, raz pada, a raz piękna pogoda.. Także chyba każdy rodzaj ciuchów trzeba spakować. W razie czego. A jak coś to najwyżej pójdę na zakupy. Taki zresztą mialyśmy początkowy plan z Mamą - bierzemy puste walizki i obkupujemy się w Polsce!
Na pewno nikogo nie zaskoczę jak powiem, że wyjazd również mnie stresuje. Tylko że tutaj już trudno mi określić o co dokładnie mi chodzi.

Ale jakoś te stresy trzeba wyladować. Najpierw sie wytańcowuję na zumbie po której zawsze czuję się cudownie. Natomiast po tym...wracam do domu głodna.
Zacznę od tego, że w Polsce spotkałam się z masłem orzechowym owszem, ale tutaj w Stanach są różne rodzaje. Są crunchy (z kawałkami orzechów), extra crunchy(ze sporą ilością kawałków orzechów), są zmieszane z czekoladą (bomba kaloryczna!!) no i zwykłe takie bez orzechów też mają. ;)

W Ameryce masło orzechowe jest dość popularne, jest sporo produktów z masłem orzechowym no i wiele rzeczy można zjeść z masłem orzechowym. Lody, czekoladę... ;)

Oto bardzo popularna kanapka to peanut butter jelly sandwich:



Yum.
Aczkolwiek ja jadam bardziej dietetyczną ;) wersję tego i ja biorę sobie banana albo jabłko, kroję na kawałki i smaruje masłem orzechowym. Mogłabym jeść tylko to......



A to wszystko dlatego, że....



Brak komentarzy:

Prześlij komentarz