Postanowiłam nie iść dziś spać.
Po pierwsze dlatego że był dziś bardzo emocjonujący dzień. A po drugie, jutro, a właściwie już dziś - lot. Dwa lata temu było podobnie - noc przed lotem nie mogłam spać. Próbowałam usnąć, po czym poddawałam się i słuchałam muzyki, potem znów próbowałam zasnąć. I tak w kółko.
Ale w sytuacji gdy człowiek rozemocjonowany to klejące się oczy i fizyczne zmęczenie nie wystarczą żeby zasnąć. Przynajmniej ja tak mam.
A czemu dzisiaj było takie stresujące.
Pisałam w poprzednim poście jak to usiłowałam wczoraj zapisać się na klasy. Po wypelnieniu residency questionnaire pokazało mi się że jestem out of state student. Pani z którą sobie czatowałam online wysłała mi stronę z informacjami na temat dokumentów które mają być dostarczone by wyjaśnić sprawę. Ja...Oczywiście nie doczytałam -.- tak jak trzeba i spojrzałam na inną kolumnę dotyczącą zmieniania statusu owszem , ale z "out of DISTRICT" na "in DISTRICT". Nie do końca wiem jak wytłumaczyć district. Chodzi myślę o coś takiego jak rejon w Polsce. No więc, oczywiście o północy, chwilę przed snem stwierdziłam że jeszcze raz zerknę czy mam co trzeba, żeby było gotowe na następny dzień i patrzę...aaaaaaa, a to ja jednak więcej trochę tych papierów potrzebuję. Okazało się że mam dostarczyć rodziców tax returns z poprzedniego roku (podatki). Ja nie wiem gdzie takie dokumenty się znajdują, a Tata śpi. Więc wysłałam maila, żeby rano mógł przeczytać, ale wściekła na siebie siedzę... Rano Tata mnie budzi i mówi tu masz, tu twoje nazwisko, tu to, wszystko cacy myślę sobie. Śniadanko, herbatka, spacerek. Wsiadam do samochodu, jadę sobię, zadowolona, wszystko mam.
Ehe.
Przychodzę, mówię do pana w recepcji co za sprawa, bla bla bla, on mówi ok, ale nie masz wszystkich papierów co trzeba. Ja mówię jak to?! A ten na to, że muszę jeszcze przywieźć list - z firmy potwierdzenie że mój Tata pracował tu od 12 miesięcy, oraz jego prawo jazdy.
Ugh.
Wkurzona, wracam. Szybko przez telefon powiedziałam Rodzicom o co chodzi, ok, też się wkurzyli, że ich tam w tej szkole chyba popierdzieliło. No, a na dodatek office otwarty w piątek do pierwszej tylko. Więc czas goni, a ja dokumenty chcę dostarczyć ponieważ bardzo chciałam zarejestrować się na zajęcia jeszcze przed wylotem.
Udało, się wszystko mam, o 12 pojechałam, z dokumentami, ze wszystkim.
Załatwione. Ulżyło mi.
Jeszcze przed powrotem ze szkoły stwierdziłam, a zajadę do Hobby Lobby. Chciałam karteczki koleżance kupić. Już stoję przy kasie, wyciągam kartę, wklepuję pin... I mi odrzuca kartę. I wiecie kurde jak to głupio jest stać przy kasie, ludzie za tobą, już trzeci raz próbujesz, a kartę odrzuca. Zawstydzona i znowu zdenerwowana podziekowałam, wracam do samochodu. Zwykle nie mam na koncie za dużo, ok przyznaję. Ale wiedziałam że COŚ tam mam na pewno. Więc szybko wchodzę na konto, patrzę o co chodzi, i faktycznie kurde dolar pięćdziesiąt na koncie. DOLAR PIĘĆDZIESIĄT. Patrzę, na co ja tyle nawydawałam. I ostatnia pozycja -$12 "service fee". Hmm... Jakie kur....de service fee? Dobra, pomyślałam, pierniczę, później się zastanowię, jadę do domu.
Wróciłam, postanowiłam zapisać się w końcu na zajęcia.
Trwało to ponad godzinę.
Bardzo dużo do wyboru profesorów, godzin, dni itd. Słyszałam od znajomych o stronie "Rate my professors"., gdzie uczniowie dzielą się przemyśleniami na temat profesorów. Weźmy dla przykładu pana Andrew, którego nie znam, ale możecie zobaczyć sobie na jego przykładzie jak ta strona działa. Uważam że bardzo fajne, było pomocne przy wyborze. Ale dlatego też ten wybór był tak czasochłonny.
Po wybraniu zajęć trzeba zapłacić, i jest to ostatni krok oczywiście w tymże procesie. Ale jeszcze zanim się zapłaci to pokazuje system czy możesz się zapisać na tą klasę czy nie. No i pokazało mi, że nie mogę zapisać się na angielski. No to ja znowu wchodzę na czat, i wyjaśniam pani Kate sprawę i pytam o co chodzi i co jest problemem. Coś zmieniła na moim koncie. Niestety nie na tyle żebym mogła się zarejestrować. Powiedziała, że ona nie ma możliwości zrobić nic więcej, że muszę to załatwiać w Admission office ze swoim counselor...Office zamknięte o 1... A była już chyba 3, może koło 4. Także nic z tego. No już stwierdziłam trudno z tym angielskim, załatwię najwyżej po powrocie.
Jeszcze jeden problem się pojawił po drodze.
Stwierdziłam, że zapłacimy chociaż za te pozostałe 3 klasy. No a rachunek wystawiło na $1,500.
Huh??
Ale...
Jak..
Że...
Ile?
Taa, stwierdziłam, że może zmienili mi na IN STATE, ale że możlwie jest że jestem out of district teraz jakimś cudem (co jest btw niemożliwe żebym była out, w sensie no jestem w tym rejonie)... Także znalazłam adresy mailowe tych counselors na stronie szkoły, nasmarowałam maile do dwóch. Tak w razie czego. Jakby jeden nie ogarniał, to może drugi ogarnie.
Ale pomyślałam, przecież musimy dziś zapłacić, nie możemy czekać. Payment trzeba zrobić do północy, bo inaczej klasy przepadają....
Masakra.
Wszystko pod górkę! Poprosiłam Tatę, aby dokonał płatności mimo to, ale nie wpłacał całej kwoty (jest możliwość ustalenia sobie planu płatności, że troche płacisz na początek, trochę później)..... Tak też zrobiliśmy.
A, no a teraz wracając do mojego kochanego banku. Spojrzałam na wszystkie wpłaty wypłaty i okazało się, że oni ciągną tak ode mnie te 12 dolarsów już od jakiegoś czasu. 6 razy tak zrobili!!! 72 dolary! Czujecie to.
Znów smarowałam mail, tym razem do obslugi banku, że bardzo proszę mi oddać pieniądze, i wytłumaczyć za co te service fee.
Oddali mi 12 -.-
I powiedzieli że moje konto przestało być High School account po moich urodzinach. I że od tamtego czasu stało się kontem że tak powiem normalnym, i że gdybym utrzymywała staly balans $5000 miesięcznie to spoko, service fee by nie było.
Mogli jakoś tak...poinformować mnie o zmianie?
$5000 no błagam!
Serdecznie pociękowałam za serwis, i powiedziałam, że w nastęnym miesiącu znajde sobie konto w lepszym banku gdzie nie ma takich opłat, więc się mogą ten tego.
Potem odstresowywałam się zmieniając wygląd bloga. Jak widać.
A teraz siedzę sobie.
Spakowana już.
Oczywiście wydaje mi się że za dużo mam rzeczy i że na pewno jest coś czego nie spakowałam.
piątek, 26 lipca 2013
czwartek, 25 lipca 2013
College, stresy i masło orzechowe
Byłam ostatnio w szkole, do której będę chodzić w przyszłym roku. Musiałam dostarczyć dokument potwierdzający wszystkie moje szczepienia, transcript (lista wszystkich przedmiotów zaliczonych w przeciągu ostatnich czterech lat wraz z ocenami, wynikami testów SAT i TAKS i generalnie sporą ilością informacji na mój temat, a to wszystko na tylko jednej kartce papieru!) i porozmawiać z counselor. (Counselor to taki doradca, pomaga wybrać przedmioty, odpowiada na pytania dotyczące zapisywania się do szkoły, transferowania do uniwersytetu i tak dalej).
Dałam dokument o szczepieniach, podpisałam potwierdzenie dania dokumentu, a później pani kazała mi wpisać moje imię i nazwisko do komputera. Po wpisaniu imienia pojawiły się trzy nazwiska counselors spośród których miałam wybrać jedno. Jako że żadne nazwisko mi nic nie mówiło, to wybrałam pierwsze lepsze. I w momencie gdy kliknęłam OK to moje imię i nazwisko pojawiło się wraz z nazwiskiem pani którą sobie wybrałam, na telewizorze znajdującym się w poczekalni, w której czekałam około 5 minut. Także chwila minęła i zawołała mnie ta wybrana przeze mnie pani. Okazała się być przemiła. Zaprosiła do gabinetu, zapytała oczywiście jak się czyta moje nazwisko, chwilę poćwiczyła wymowę, w końcu wyszło jej wspaniale, chwilę jeszcze pogadałyśmy o tym skąd jestem i przeszłyśmy do rzeczy. Wydrukowałyśmy degree plan czyli spis wszystkich przedmiotów, które będę musiała zaliczać przez najbliższe cztery lata. Powiedziała, że zanim konkretniej pogadamy o planie lekcji muszę najpierw napisać placement test, by w razie gdybym była do tyłu z matematyki lub angielskiego musiałabym zaliczać jeszcze inne kursy i testy, żeby nadrobić zaległości.
Oczywiście jak to w Ameryce - napisanie testu kosztowało 25 dolarów... Czas nieograniczony, mi zajęło około trzech godzin, ale zacznę od początku.
Na test pojechałam tydzień po rozmowie. Stresowałam się oczywiście, nie tak bardzo samym testem ile trasą do tej szkoły...W ogóle wstałam godzinę później niż chciałam, co już mnie lekko wyprowadziło z równowagi. Po drugie, samochód mam, ale nie jeżdżę jakoś strasznie dużo. To znaczy, inaczej - jeżdżę po trasach znanych mi - do sklepu, na fitness, do koleżanki, wszystko co jest w okolicy domu. Nowa szkoła jest nieco dalej, (20-25 minut jazdy) i kawałek drogi to trasa szybszego ruchu niż ten do którego przywykłam. Generalnie,jeśli jadę z kimś i ten ktoś szybko prowadzi to jestem ok, spoko, ale jeśli ja mam jechać szybko i jeszcze zmienić pas (!) to już trochę się denerwuję. Także ulicami gdzie jadę prędkością dla mnie jak najbardziej komfortową dojeżdżam do takiej drogi, która nazywa się Interstate 10 Frontage Rd i jest drogą która ciągnie się wzdłuż autostrady. Droga jest trzy/cztero pasmowa i dojeżdżam nią do mega skrzyżowania, które gdy zobaczyłam po raz pierwszy to zrobiłam taaakie wielkie oczy... Konstrukcja dróg robi wrażenie. I jadąc muszę pamiętać kiedy zmienić pas, jak się pojawią trzy pasy do skręcania w lewo to na którym mam się ustawić i tak dalej... Ale pewnie kilka takich jazd w tę i z powrotem i się przyzwyczaję.
Tak ta zawijanka dróg wygląda z góry. Nieźle, co?
W każdym razie, jeszcze przed wyjazdem, spojrzałam na karteczkę, którą dostałam od pani counselor , gdzie znajdowały się informacje co to za test, z czego, gdzie, jak znaleźć pytania przykładowe itd. Chciałam z rana jeszcze te przykładowe pytania porobić, więc biorę karteczkę do ręki, otwieram komputer.... Patrzę, a na kartce jest napisane że Testing Center, w piątki (a był to właśnie piątek) jest otwarty do godziny 1. Była 10 z kawałkiem. Test podobno trwa 3 godziny. Więc stres znowu, ale stwierdziłam że i tak pojadę. Zastanawiałam sie jak ja ten Testing Center znajdę wśród tylu korytarzy, ale ku mej radości na ścianach w szkole są mapy, kierunkowskazy (oh jak było mi to potrzebne dwa lata temu w Westside HS!!) więc raczej bez trudu znalazłam salę. Na drzwiach napisane jeszcze inne godziny - że do 12. Załamałam ręce, już wyciągam telefon, chciałam karteczce z godzinami zrobić zdjęcie, ale nie zdąrzyłam bo jakaś pani mówiąca z indiańskim, to znaczy hinduskim ;) akcentem zaczepiła mnie. I mówi, że owszem od 9 do 12 ale PRZYJMUJĄ w tych godzinach, a zamykają o 3:30. A nawet jeżeli nie zdąrzę napisać, to mogę spokojnie dokończyć innego dnia. Ulżyło mi, (zdecydowanie za dużo panikuję) poszłam zapłacić za test i zasiadłam za ekranem komputera. Najpierw było czytanie...Nie przepadam za tą częścią testu, ponieważ nudne artykuły o rolnikach, czy zwyczajach ludzi jeżdżacych rowerem do pracy nieszczególnie mnie interesuje. Później była matematyka, która poszła mi szybko i raczej bezproblemowo (thankyougodformrfrench). Na koniec pisanie, które polegało na poprawianiu błędów w dwóch czy trzech esejach, co też raczej lubię, bo w miarę łatwo zauważam błędy, a potem sama musiałam napisać esej. Zdąrzyłam przed 3:30 więc wszystko dobrze się skonczyło. Pani od razu wydrukowała wynik.
Apropos jeszcze tego eseju/eseja (?), tematem było mieszkanie na collegowym kampusie vs. mieszkanie poza kampusem w apartamencie. Dało mi to do myślenia i sama teraz przemyśliwuję, gdzie wolałabym zamieszkać w moim wymarzonym A&M. Na szczęście jeszcze jest czas. Szczerze mówiąc, skłaniam się do uczęszczania w Houston Community College więcej niż rok. Ze względu oczywiście na pieniądze. Szczerze, przerażają mnie koszty uniwersytetu. Chciałabym do A&M oczywiście pojechać wcześniej, bo naprawdę jak pomyślę sobie o tych moich przeprowadzkach... Rok w mat-fizie, rok w biol-chemie, 2 lata w Westside, 2 lata HCC, 2 lata A&M... Ale może tak już ma być, no zobaczymy.
Tak czy siak,gdy skończyłam test, Admission Office było już zamknięte, musiałam czekać do poniedziałku z ponowną wizytą u counselor. A porozmawiać musiałam znów - o tych właśnie wynikach testu. Które jak się później okazało są dobre, i nie mam co nadrabiać, od razu idę na college level classes.
Powiedziała mi że klasy do których mam się zarejestrować to:
EDUC 1300
ENGL 1301
BIOL 1406
MATH 2413
Cokolwiek te numery oznaczają ;)
Nie no, znaczą te numery, i to znaczą dużo. Np MATH 2413 to calculus a MATH 1324 to algebra. Plus, musze wiedzieć które klasy muszę zaliczać zgodnie z planem zajęć mojego kierunku w A&M, żeby mogły się transferować z HCC i żebym nie musiała niczego powtarzać.
Chciałam już dziś zarejestrować się na te zajecia... Najpierw musiałam uzupełnić Residency Questionnaire, żeby stwierdzić czy jestem in state czy out of state student. Zwykle dla tych z innych stanów koszty są większe. Przykładowo, w mojej szkole jeden semestr dla in state to $880 a dla out of state to $2030. No i nie mam pojęcia czemu, ale system pokazał że jestem US resident ale out of state. Nie rozumiem zupełnie dlaczego, skoro trzy razy wpisywałam adres do systemu, i w ogóle...Może gdzieś przypadkiem coś źle kliknęłam... No w każdym bądź razie, skontaktowałam się z jakąś doradczynią online, co generalnie uważam za bardzo pomocne, że można w kwestii jakikolwiek pytań wejść na stronę szkoły i porozmawiać na czacie z jednym z doradców. Szczególnie jest dobre dla osób które nie lubią rozmawiać przez telefon!
No i okazało się, że faktycznie coś musiało pójść nie tak, pani wysłała mi link z listą dokumentów, z których mam przywieźć dwa żeby mogli to zmienić w systemie. Czyli np. prawo jazdy i ubezpieczenie samochodu. Trochę się zdenerwowałam (ah! znowu!), że takie komplikacje, ponieważ piątek chciałam poświęcić na pakowanie. Nawet nie wiem jeszcze co chcę wziąć do Polski, nie wiem w ogóle jakie ciuchy wziąć, bo z tego co słyszę to raz zimno, raz ciepło, raz pada, a raz piękna pogoda.. Także chyba każdy rodzaj ciuchów trzeba spakować. W razie czego. A jak coś to najwyżej pójdę na zakupy. Taki zresztą mialyśmy początkowy plan z Mamą - bierzemy puste walizki i obkupujemy się w Polsce!
Na pewno nikogo nie zaskoczę jak powiem, że wyjazd również mnie stresuje. Tylko że tutaj już trudno mi określić o co dokładnie mi chodzi.
Ale jakoś te stresy trzeba wyladować. Najpierw sie wytańcowuję na zumbie po której zawsze czuję się cudownie. Natomiast po tym...wracam do domu głodna.
Zacznę od tego, że w Polsce spotkałam się z masłem orzechowym owszem, ale tutaj w Stanach są różne rodzaje. Są crunchy (z kawałkami orzechów), extra crunchy(ze sporą ilością kawałków orzechów), są zmieszane z czekoladą (bomba kaloryczna!!) no i zwykłe takie bez orzechów też mają. ;)
W Ameryce masło orzechowe jest dość popularne, jest sporo produktów z masłem orzechowym no i wiele rzeczy można zjeść z masłem orzechowym. Lody, czekoladę... ;)
Oto bardzo popularna kanapka to peanut butter jelly sandwich:
Yum.
Aczkolwiek ja jadam bardziej dietetyczną ;) wersję tego i ja biorę sobie banana albo jabłko, kroję na kawałki i smaruje masłem orzechowym. Mogłabym jeść tylko to......
A to wszystko dlatego, że....
Dałam dokument o szczepieniach, podpisałam potwierdzenie dania dokumentu, a później pani kazała mi wpisać moje imię i nazwisko do komputera. Po wpisaniu imienia pojawiły się trzy nazwiska counselors spośród których miałam wybrać jedno. Jako że żadne nazwisko mi nic nie mówiło, to wybrałam pierwsze lepsze. I w momencie gdy kliknęłam OK to moje imię i nazwisko pojawiło się wraz z nazwiskiem pani którą sobie wybrałam, na telewizorze znajdującym się w poczekalni, w której czekałam około 5 minut. Także chwila minęła i zawołała mnie ta wybrana przeze mnie pani. Okazała się być przemiła. Zaprosiła do gabinetu, zapytała oczywiście jak się czyta moje nazwisko, chwilę poćwiczyła wymowę, w końcu wyszło jej wspaniale, chwilę jeszcze pogadałyśmy o tym skąd jestem i przeszłyśmy do rzeczy. Wydrukowałyśmy degree plan czyli spis wszystkich przedmiotów, które będę musiała zaliczać przez najbliższe cztery lata. Powiedziała, że zanim konkretniej pogadamy o planie lekcji muszę najpierw napisać placement test, by w razie gdybym była do tyłu z matematyki lub angielskiego musiałabym zaliczać jeszcze inne kursy i testy, żeby nadrobić zaległości.
Oczywiście jak to w Ameryce - napisanie testu kosztowało 25 dolarów... Czas nieograniczony, mi zajęło około trzech godzin, ale zacznę od początku.
Na test pojechałam tydzień po rozmowie. Stresowałam się oczywiście, nie tak bardzo samym testem ile trasą do tej szkoły...W ogóle wstałam godzinę później niż chciałam, co już mnie lekko wyprowadziło z równowagi. Po drugie, samochód mam, ale nie jeżdżę jakoś strasznie dużo. To znaczy, inaczej - jeżdżę po trasach znanych mi - do sklepu, na fitness, do koleżanki, wszystko co jest w okolicy domu. Nowa szkoła jest nieco dalej, (20-25 minut jazdy) i kawałek drogi to trasa szybszego ruchu niż ten do którego przywykłam. Generalnie,jeśli jadę z kimś i ten ktoś szybko prowadzi to jestem ok, spoko, ale jeśli ja mam jechać szybko i jeszcze zmienić pas (!) to już trochę się denerwuję. Także ulicami gdzie jadę prędkością dla mnie jak najbardziej komfortową dojeżdżam do takiej drogi, która nazywa się Interstate 10 Frontage Rd i jest drogą która ciągnie się wzdłuż autostrady. Droga jest trzy/cztero pasmowa i dojeżdżam nią do mega skrzyżowania, które gdy zobaczyłam po raz pierwszy to zrobiłam taaakie wielkie oczy... Konstrukcja dróg robi wrażenie. I jadąc muszę pamiętać kiedy zmienić pas, jak się pojawią trzy pasy do skręcania w lewo to na którym mam się ustawić i tak dalej... Ale pewnie kilka takich jazd w tę i z powrotem i się przyzwyczaję.
Tak ta zawijanka dróg wygląda z góry. Nieźle, co?
Apropos jeszcze tego eseju/eseja (?), tematem było mieszkanie na collegowym kampusie vs. mieszkanie poza kampusem w apartamencie. Dało mi to do myślenia i sama teraz przemyśliwuję, gdzie wolałabym zamieszkać w moim wymarzonym A&M. Na szczęście jeszcze jest czas. Szczerze mówiąc, skłaniam się do uczęszczania w Houston Community College więcej niż rok. Ze względu oczywiście na pieniądze. Szczerze, przerażają mnie koszty uniwersytetu. Chciałabym do A&M oczywiście pojechać wcześniej, bo naprawdę jak pomyślę sobie o tych moich przeprowadzkach... Rok w mat-fizie, rok w biol-chemie, 2 lata w Westside, 2 lata HCC, 2 lata A&M... Ale może tak już ma być, no zobaczymy.
Tak czy siak,gdy skończyłam test, Admission Office było już zamknięte, musiałam czekać do poniedziałku z ponowną wizytą u counselor. A porozmawiać musiałam znów - o tych właśnie wynikach testu. Które jak się później okazało są dobre, i nie mam co nadrabiać, od razu idę na college level classes.
Powiedziała mi że klasy do których mam się zarejestrować to:
EDUC 1300
ENGL 1301
BIOL 1406
MATH 2413
Cokolwiek te numery oznaczają ;)
Nie no, znaczą te numery, i to znaczą dużo. Np MATH 2413 to calculus a MATH 1324 to algebra. Plus, musze wiedzieć które klasy muszę zaliczać zgodnie z planem zajęć mojego kierunku w A&M, żeby mogły się transferować z HCC i żebym nie musiała niczego powtarzać.
Chciałam już dziś zarejestrować się na te zajecia... Najpierw musiałam uzupełnić Residency Questionnaire, żeby stwierdzić czy jestem in state czy out of state student. Zwykle dla tych z innych stanów koszty są większe. Przykładowo, w mojej szkole jeden semestr dla in state to $880 a dla out of state to $2030. No i nie mam pojęcia czemu, ale system pokazał że jestem US resident ale out of state. Nie rozumiem zupełnie dlaczego, skoro trzy razy wpisywałam adres do systemu, i w ogóle...Może gdzieś przypadkiem coś źle kliknęłam... No w każdym bądź razie, skontaktowałam się z jakąś doradczynią online, co generalnie uważam za bardzo pomocne, że można w kwestii jakikolwiek pytań wejść na stronę szkoły i porozmawiać na czacie z jednym z doradców. Szczególnie jest dobre dla osób które nie lubią rozmawiać przez telefon!
No i okazało się, że faktycznie coś musiało pójść nie tak, pani wysłała mi link z listą dokumentów, z których mam przywieźć dwa żeby mogli to zmienić w systemie. Czyli np. prawo jazdy i ubezpieczenie samochodu. Trochę się zdenerwowałam (ah! znowu!), że takie komplikacje, ponieważ piątek chciałam poświęcić na pakowanie. Nawet nie wiem jeszcze co chcę wziąć do Polski, nie wiem w ogóle jakie ciuchy wziąć, bo z tego co słyszę to raz zimno, raz ciepło, raz pada, a raz piękna pogoda.. Także chyba każdy rodzaj ciuchów trzeba spakować. W razie czego. A jak coś to najwyżej pójdę na zakupy. Taki zresztą mialyśmy początkowy plan z Mamą - bierzemy puste walizki i obkupujemy się w Polsce!
Na pewno nikogo nie zaskoczę jak powiem, że wyjazd również mnie stresuje. Tylko że tutaj już trudno mi określić o co dokładnie mi chodzi.
Ale jakoś te stresy trzeba wyladować. Najpierw sie wytańcowuję na zumbie po której zawsze czuję się cudownie. Natomiast po tym...wracam do domu głodna.
Zacznę od tego, że w Polsce spotkałam się z masłem orzechowym owszem, ale tutaj w Stanach są różne rodzaje. Są crunchy (z kawałkami orzechów), extra crunchy(ze sporą ilością kawałków orzechów), są zmieszane z czekoladą (bomba kaloryczna!!) no i zwykłe takie bez orzechów też mają. ;)
W Ameryce masło orzechowe jest dość popularne, jest sporo produktów z masłem orzechowym no i wiele rzeczy można zjeść z masłem orzechowym. Lody, czekoladę... ;)
Oto bardzo popularna kanapka to peanut butter jelly sandwich:

Yum.
Aczkolwiek ja jadam bardziej dietetyczną ;) wersję tego i ja biorę sobie banana albo jabłko, kroję na kawałki i smaruje masłem orzechowym. Mogłabym jeść tylko to......
A to wszystko dlatego, że....
środa, 3 lipca 2013
Whywhywhy
Jako że jestem osobą dość wrażliwą to łatwo tracę nerwy w niektórych sytuacjach. Trochę przesadzam, nie aż tak łatwo, po prostu denerwuję się czasami.
Ale takimi tam głupotkami.
Nie chcę nikogo trzymać w niepewności. To co mnie ostatnio denerwuje i powoduje, że tracę cierpliwość to... PTAKI. Zastanawiacie się dlaczego! Otóż już mówię dlaczego. Moje łóżko stoi bardzo blisko okna. . . .W którym szyby są cienkie jak kartka papieru (lekkie wyolbrzymienie), dzięki czemu słyszę wszystko co się dzieje na podwórku, intensywnie tak, jakbym faktycznie stała na zewnątrz (brak wyolbrzymienia, totalnie prawdziwe, serio tak jest, nic a nic nie żartuję, powaga).
I od kilku miesięcy budzą mnie właśnie ptaszory. A ktoś mówił, że mnie to nic nie zbudzi.
Niektórzy pewnie by powiedzieli że ojj Iga nie przesadzaj, ptaki potrafią pięknie śpiewać, ich dźwięki są jak muzyka. . . . I ja jestem z tym ok, zgadzam się, potrafią pięknie trelić i świergolić ale bardzo proszę, może nie wówczas gdy ja próbuję spać. . .
Dlaczego w nocy? Why why why? Por qué? почему? Proč? Pourquoi?
(źródło: http://translate.google.com/#auto/fr/dlaczego)
I również obrazkowo:
No więc jak na prawdziwego pasjonata biologii przystało zrobiłam zaawansowany risercz.
Haha nie no, będę szczera, akurat to nie ta część biologii mnie interesuje.
Ale tak czy siak, według mojego zaawansowanego poszukiwania informacji na ten temat. . . . . wynika, że ptaki powinny być raczej aktywne ZA DNIA. Natomiast niektóre ptaki są aktywne w nocy i nazwa, na którą natknęłam się podczas moich wyczerpujących poszukiwań to "mockingbird', który tłumaczy się na polski wg. google translate "przedrzeźniacz". Gnojek wygląda tak:
I jest to najprawdopodobniej ten właśnie osobnik, co mi nie daje spać, a sądząc po dźwięku to raczej jestem przekonana, że to ten.
Miłego słuchania.
Dźwięki, które on wydaje mogą brzmieć uderzająco podobnie jak dźwięki innych ptaków, ponieważ ten jakże utalentowany "przedrzeźniacz" naśladuje dzwięki innych ptaków i co ciekawsze zwierząt, w swoich trelach. Ciekawe, bardzo ciekawe. A ich cel to oczywiście podryw i informowanie innych przedrzeźniaczy, że to terytorium jest jego terytorium. Może i dobrze, niech pilnuje terenu. Chyba bym zwariowała jakby coraz więcej takich się zaczęło zlatywać. Im mniej takich śpiewaków w okolicy tym lepiej.
Zamieszkują Amerykę Północną, i według tej mapki. . . . przez cały rok:
Ale takimi tam głupotkami.
Nie chcę nikogo trzymać w niepewności. To co mnie ostatnio denerwuje i powoduje, że tracę cierpliwość to... PTAKI. Zastanawiacie się dlaczego! Otóż już mówię dlaczego. Moje łóżko stoi bardzo blisko okna. . . .W którym szyby są cienkie jak kartka papieru (lekkie wyolbrzymienie), dzięki czemu słyszę wszystko co się dzieje na podwórku, intensywnie tak, jakbym faktycznie stała na zewnątrz (brak wyolbrzymienia, totalnie prawdziwe, serio tak jest, nic a nic nie żartuję, powaga).
I od kilku miesięcy budzą mnie właśnie ptaszory. A ktoś mówił, że mnie to nic nie zbudzi.
Niektórzy pewnie by powiedzieli że ojj Iga nie przesadzaj, ptaki potrafią pięknie śpiewać, ich dźwięki są jak muzyka. . . . I ja jestem z tym ok, zgadzam się, potrafią pięknie trelić i świergolić ale bardzo proszę, może nie wówczas gdy ja próbuję spać. . .
Dlaczego w nocy? Why why why? Por qué? почему? Proč? Pourquoi?
(źródło: http://translate.google.com/#auto/fr/dlaczego)
I również obrazkowo:
No więc jak na prawdziwego pasjonata biologii przystało zrobiłam zaawansowany risercz.
Haha nie no, będę szczera, akurat to nie ta część biologii mnie interesuje.
Ale tak czy siak, według mojego zaawansowanego poszukiwania informacji na ten temat. . . . . wynika, że ptaki powinny być raczej aktywne ZA DNIA. Natomiast niektóre ptaki są aktywne w nocy i nazwa, na którą natknęłam się podczas moich wyczerpujących poszukiwań to "mockingbird', który tłumaczy się na polski wg. google translate "przedrzeźniacz". Gnojek wygląda tak:
I jest to najprawdopodobniej ten właśnie osobnik, co mi nie daje spać, a sądząc po dźwięku to raczej jestem przekonana, że to ten.
Miłego słuchania.
Dźwięki, które on wydaje mogą brzmieć uderzająco podobnie jak dźwięki innych ptaków, ponieważ ten jakże utalentowany "przedrzeźniacz" naśladuje dzwięki innych ptaków i co ciekawsze zwierząt, w swoich trelach. Ciekawe, bardzo ciekawe. A ich cel to oczywiście podryw i informowanie innych przedrzeźniaczy, że to terytorium jest jego terytorium. Może i dobrze, niech pilnuje terenu. Chyba bym zwariowała jakby coraz więcej takich się zaczęło zlatywać. Im mniej takich śpiewaków w okolicy tym lepiej.
Zamieszkują Amerykę Północną, i według tej mapki. . . . przez cały rok:
I znów, że tak się wyrażę...
poniedziałek, 1 lipca 2013
Dwurocznica czyli początkowy strach a teraźniejsza radość i trochę chwalę się też
Minęły dziś oficjalnie dwa lata od mojego wyjazdu do Stanów. Jakże szczęsliwa ta rocznica -- rodzice akurat wczoraj podpisali umowę o zakup domu (wcześniej wynajmowaliśmy dom w szeregowcu).
Jeszcze trochę zajmie zanim się wprowadzimy, pewnie kilka tygodni, może miesiąc, ale radość jest :) Bo tu jak ogłoszenie się pojawi to 3 dni i dom znika...
Jeszcze chwilka a będę się pluskać w basenie przydomowym, dokładnie tym tu poniżej:
Ale ja serdecznie zapraszam.
A przez dwa lata to dużo się zmieniło, pokonałam:
- niezadowolenie związane z przyjazdem tutaj,
- (mini)depresję,
- uczucie inności,
- negatywne myślenie,
- tęsknotę za Polską,
- tęsknotę za ludźmi,
- żal do tych co o mnie zapomnieli,
- szok kulturowy,
- niechęć do amerykańskiego jedzenia,
- strach przed odzywaniem i otwarciem się na ludzi, (dla przykładu, rodzice ustalili termin mi, do kiedy mam zagadać miło wyglądającą osobę jeżdżącą autobusem ze mną. Pół roku minęło aż w końcu zagadałam <loser>)
- załamanie faktem, że mam akcent, który dosyć zwiększa moją atrakcyjność z czym związane jest...
- załamanie faktem jak dużo ciemnoskórych chłopaków o mnie zabiega,
- załamanie związane z faktem, że nie mogę rozmawiać po polsku w szkole,
- załamanie faktem, że muszę spędzić w szkole rok więcej niż myślałam,
- załamanie związane z brakiem chodników i dużymi odległościami do sklepów (!),
- załamanie związane z jeżdzeniem autobusem szkolnym, w którym bez słuchawek było ciężko..
- problemy ze znalezieniem bratniej duszy,
- problemy z nierozumieniem tego co się do mnie mówi i nadużywaniem "sorry, could you repeat?"
- generalne problemy emocjonalne związane z powyższymi.....
ALE..
To minęło. I teraz...
W ramach takich przemyśleń dotyczących mieszkania w Stanach to chciałabym tutaj szczerze przyznać, że teraz nie wyobrażam sobie życia gdziekolwiek indziej.
I do szkoły sobie nie wyobrażam chodzić gdziekolwiek indziej.I również chciałabym powiedzieć że jest tu luzik taki, którego w Polsce nie ma. Potrafię z psem wyjść i rzęs nie malować. <szok>
Także kocham Stany i jestem tu szczęśliwsza bardziej niż kiedykolwiek.
I będę świętować fourth of July czwartego lipca.
I mandarynki w ogrodzie posadzę, gdzie zresztą lemonki już są. A i jeszcze grapefruit posadzimy. Ahhh, lovely.
Subskrybuj:
Posty (Atom)







