Minęły dziś oficjalnie dwa lata od mojego wyjazdu do Stanów. Jakże szczęsliwa ta rocznica -- rodzice akurat wczoraj podpisali umowę o zakup domu (wcześniej wynajmowaliśmy dom w szeregowcu).
Jeszcze trochę zajmie zanim się wprowadzimy, pewnie kilka tygodni, może miesiąc, ale radość jest :) Bo tu jak ogłoszenie się pojawi to 3 dni i dom znika...
Jeszcze chwilka a będę się pluskać w basenie przydomowym, dokładnie tym tu poniżej:
Ale ja serdecznie zapraszam.
A przez dwa lata to dużo się zmieniło, pokonałam:
- niezadowolenie związane z przyjazdem tutaj,
- (mini)depresję,
- uczucie inności,
- negatywne myślenie,
- tęsknotę za Polską,
- tęsknotę za ludźmi,
- żal do tych co o mnie zapomnieli,
- szok kulturowy,
- niechęć do amerykańskiego jedzenia,
- strach przed odzywaniem i otwarciem się na ludzi, (dla przykładu, rodzice ustalili termin mi, do kiedy mam zagadać miło wyglądającą osobę jeżdżącą autobusem ze mną. Pół roku minęło aż w końcu zagadałam <loser>)
- załamanie faktem, że mam akcent, który dosyć zwiększa moją atrakcyjność z czym związane jest...
- załamanie faktem jak dużo ciemnoskórych chłopaków o mnie zabiega,
- załamanie związane z faktem, że nie mogę rozmawiać po polsku w szkole,
- załamanie faktem, że muszę spędzić w szkole rok więcej niż myślałam,
- załamanie związane z brakiem chodników i dużymi odległościami do sklepów (!),
- załamanie związane z jeżdzeniem autobusem szkolnym, w którym bez słuchawek było ciężko..
- problemy ze znalezieniem bratniej duszy,
- problemy z nierozumieniem tego co się do mnie mówi i nadużywaniem "sorry, could you repeat?"
- generalne problemy emocjonalne związane z powyższymi.....
ALE..
To minęło. I teraz...
W ramach takich przemyśleń dotyczących mieszkania w Stanach to chciałabym tutaj szczerze przyznać, że teraz nie wyobrażam sobie życia gdziekolwiek indziej.
I do szkoły sobie nie wyobrażam chodzić gdziekolwiek indziej.I również chciałabym powiedzieć że jest tu luzik taki, którego w Polsce nie ma. Potrafię z psem wyjść i rzęs nie malować. <szok>
Także kocham Stany i jestem tu szczęśliwsza bardziej niż kiedykolwiek.
I będę świętować fourth of July czwartego lipca.
I mandarynki w ogrodzie posadzę, gdzie zresztą lemonki już są. A i jeszcze grapefruit posadzimy. Ahhh, lovely.

No i pięknie! :)
OdpowiedzUsuńYep:)))
OdpowiedzUsuń