poniedziałek, 1 lipca 2013

Dwurocznica czyli początkowy strach a teraźniejsza radość i trochę chwalę się też

Dziś jest drugi lipca.... (udostępnione pierwszego ale to nie ma znaczenia,pisałam myśląc o następnym dniu)
Minęły dziś oficjalnie dwa lata od mojego wyjazdu do Stanów. Jakże szczęsliwa ta rocznica -- rodzice akurat wczoraj podpisali umowę o zakup domu (wcześniej wynajmowaliśmy dom w szeregowcu).

Jeszcze trochę zajmie zanim się wprowadzimy, pewnie kilka tygodni, może miesiąc, ale radość jest :) Bo tu jak ogłoszenie się pojawi to 3 dni i dom znika...

Jeszcze chwilka a będę się pluskać w basenie przydomowym, dokładnie tym tu poniżej:


Ale ja serdecznie zapraszam.

A przez dwa lata to dużo się zmieniło, pokonałam:

  • niezadowolenie związane z przyjazdem tutaj, 
  • (mini)depresję, 
  • uczucie inności,
  • negatywne myślenie, 
  • tęsknotę za Polską, 
  • tęsknotę za ludźmi, 
  • żal do tych co o mnie zapomnieli,
  • szok kulturowy,
  • niechęć do amerykańskiego jedzenia,
  • strach przed odzywaniem i otwarciem się na ludzi, (dla przykładu, rodzice ustalili termin mi, do kiedy mam zagadać miło wyglądającą osobę jeżdżącą autobusem ze mną. Pół roku minęło aż w końcu zagadałam <loser>)
  • załamanie faktem, że mam akcent, który dosyć zwiększa moją atrakcyjność z czym związane jest...
  • załamanie faktem jak dużo ciemnoskórych chłopaków o mnie zabiega,
  • załamanie związane z faktem, że nie mogę rozmawiać po polsku w szkole,
  • załamanie faktem, że muszę spędzić w szkole rok więcej niż myślałam,
  • załamanie związane z brakiem chodników i dużymi odległościami do sklepów (!),
  • załamanie związane z jeżdzeniem autobusem szkolnym, w którym bez słuchawek było ciężko..
  • problemy ze znalezieniem bratniej duszy,
  • problemy z nierozumieniem tego co się do mnie mówi i nadużywaniem "sorry, could you repeat?"
  • generalne problemy emocjonalne związane z powyższymi.....


    ALE..

To minęło. I teraz...

W ramach takich przemyśleń dotyczących mieszkania w Stanach to chciałabym tutaj szczerze przyznać, że teraz nie wyobrażam sobie życia gdziekolwiek indziej. 
I do szkoły sobie nie wyobrażam chodzić gdziekolwiek indziej.
I również chciałabym powiedzieć że jest tu luzik taki, którego w Polsce nie ma. Potrafię z psem wyjść i rzęs nie malować. <szok>
Także kocham Stany i jestem tu szczęśliwsza bardziej niż kiedykolwiek.
I będę świętować fourth of July czwartego lipca.
I mandarynki w ogrodzie posadzę, gdzie zresztą lemonki już są. A i jeszcze grapefruit posadzimy. Ahhh, lovely.

2 komentarze: