niedziela, 6 kwietnia 2014

Niewychowane dziecko i praca

Miałam pracę jakąś zorganizować sobie już dużo wcześniej ale miałam strachy związane z aplikowaniem. Nie mam w końcu żadnego doświadczenia, nie pracowałam nigdy (poza babysitterowaniem czym do tej pory się zajmowałam w miarę regularnie) no i nigdy nie byłam na interview...

A właśnie, apropo's babysitterowania, to miałam już tego tak w pewnym momencie dość... Tzn to wszystko zależy, miałam np między innymi dwie rodzinki bardzo fajne, dzieci cudowne... Uwielbiałam gdy rodzice mówili że już się dzieci nie mogą doczekać mojego przyjścia, albo np po babysitterowaniu, jak już wychodziłam dzieciaki tuliły się i mówiły, że w sumie chcą żeby Iga jeszcze została. No i jakby nie patrzeć, takie babysitterowanie to nawet dobre pieniążki. Tylko że trzeba do niektórych nawet poza Houston wyjeżdżać... A to się wiąże z dużą stratą i czasu i benzyny... No więc mega byłam szczęśliwa jak się sąsiad z naprzeciwka zapytał czy bym nie chciała się czasem zająć jego córką. I prosił mnie nawet dość często o przypilnowanie. Tylko że...

Dziewczynka jest pewna siebie, niemiła, niewychowana i zupełnie nie wiedziałam co mam z nią robić. Do tej pory dzieci same właściwie mi podrzucały propozycje - że a może ta gra, albo taka a taka zabawa. Często też same sobą umiały się zająć. Dziewczynka ma 7 lat. I jedyne co robi to ogląda telewizję. Proponowałam rysowanie, czytanie książek. Rysowanie się nudziło, a książek to ona nie czyta... No więc co zwykle robiłyśmy, to oglądanie telewizji co zresztą z tego co mówiła robi codziennie. Jej to nie przeszkadzało ale ja myślałam że zwariuję. Bajki i programy co teraz robią dla dzieci są moim zdaniem okropne - promowanie pedalstwa i głupoty.

Przykre w sumie jest to że mieszka bez mamy, a jej tata karmi ją półproduktami z puszek i kartonów. No ale jakby to jego sprawa, nie wpływa to na mnie w żaden sposób. Ale sposób wychowania tak...

// Dziewczynka pomyślała że nagle zostałyśmy koleżankami. Potrafiła przyjść do mnie do domu i powiedzieć "hej nudzę się".

//Ma obsesję na punkcie mojego psa. W czym jeszcze nie ma nic strasznego ale jak tak wpadała z tekstem "nudzę się" potrafiła się wepchnąć nieproszona do domu byle go znaleźć i wyściskać na śmierć.

//Nie miała świadomości że ludzie mogą pochodzić z różnych stron świata i mój akcent to było dla niej coś przezabawnego. Rozumiem że może nie być świadoma ale nie daje jej to prawa do naśmiewania się ze mnie w złośliwy sposób chyba, czy nie?

//Moja Mamunia twierdzi ze ta dziewczynka potrzebuje pomocy psychologa - dwa razy wyskoczyła jej pod koła (Mamy zdaniem świadomie). I że gdyby nie Mamy refleks i ostrożność to różnie by się to mogło skończyć...

Tak czy siak, na szczęście tata dziewczynki już do mnie nie dzwoni. Pewnie zauważył że nie klikło między nami.

Postanowiłam rozejrzeć się nad pracą w restauracji lub sklepie. Sporządziłam listę 20 miejsc w których bym z przyjemnością pracowała. No i w któryś poniedziałek stwierdziłam że A! podjadę do La Madeleine (taka francuska restauracjo-kawiarnia) kupię ciasteczko (bardzo przepyszne) i przy okazji zapytam czy zatrudniają. Dziewczyna przy kasie, bardzo sympatyczna mówi że mhm tak, dała aplikację i mówi że tam stoi menadżer więc od razu jak wypełnisz to podrzuć do menadżera. Tak też zrobiłam i tydzień później dostałam telefon że rozmowa o pracę tego i tego dnia... Nie stresowałam się nawet jakoś bardzo. No lekko może, bo bałam się że mnie zatka podczas rozmowy i nie będę umiała wydusić z siebie słowa dlatego też poprosiłam rodziców moich kochanych o radę. Co mam o sobie powiedzieć jak się zachować? Na co oni - "no wiesz, udawaj że jesteś otwarta na ludzi, miła... i będzie dobrze!"... "Udawaj".......może po prostu nie było po tego "bycia miłym" odziedziczyć. ;)

No ale za radą Rodziców byłam przemiła, uśmiechnięta i udało się! Dostałam pracę ot tak od razu i za tydzień zaczynam!

piątek, 4 kwietnia 2014

University of Houston

Można zauważyć zmianę wyglądu bloga :) Stwiedziłam że tamten jest taki ciemny i smutny.

Ku mojemu zdziwieniu semestr dobiega końca. Wydawało się jakby dopiero co się zaczął... a tu zaraz egzaminy końcowe.

Zaaplikowałam do University of Houston. Biłam się z myślami jeśli chodzi o kierunek. Sama siebie już miałam dość. Rozważania na temat studiów trwają już chyba z dobre dwa lata... Zmian decyzji było mnóstwo, bo co chwila odnajdywałam jakiś kierunek, o którym wcześniej nie czytałam, stwierdzałam że jest idealny że to to a potem wolna chwila, "a poczytam jeszcze troszkę" i znów kolejne pomysły i zmiany zdania. A nigdy nie przestawałam szukać, przeglądać, no bo... a nóż coś ciekawego przegapię? Na blogu też chyba nieraz pisałam że "to tak to ten kierunek!"... Aż głupio mi teraz znów pisać "podjęłam decyzję! teraz już na 100%", ale zaaplikowałam do tylko jednej szkoły, na tylko jeden kierunek, ze świadomością, że w momencie gdy się dostanę to później zmiana kierunku będzie sprawą:

        a) Troszkę upierdliwą - 1. trzeba konsultować się z advisor - doradcą z tego wydziału na który mamy zamiar się przenieść. 2. Upewnić się że spełniamy wymagania danego kierunku / wydziału. 3. Oraz złożyć petycję z czterema podpisami od 'ważnych osób' w szkole które się na naszą chęć zmiany mogą zgodzić bądź nie.

        b) Kosztowną. Sama zmiana kierunku nie kosztuje ale fakt, że np. w przypadku gdy od początku studiów chodziliśmy na jakieś zajęcia z kierunku A, które nie są wymagane na kierunku B, to zmarnowaliśmy sobie i czas i pieniądze. Bo w końcu każde zajęcia kosztują, książki kosztują... Czyli im później się decydujemy tym tak naprawdę gorzej.

        c) Frustrującą no bo ile razy można kurna zmieniać zdanie.

Zaaplikowałam na inżynierię biomedyczną - szok czyż nie? Wróciłam jakby do punktu wyjścia? Rok temu chciałam to samo. No a teraz raz że już znudziło mi się czytanie o kierunkach. A dwa czuję się usatysfakcjonowana z moją ostateczną decyzją i jestem jakby spokojna i z radością i optymizmem patrzę w przyszłość. A gdy spojrzałam na ten kierunek pod kątem zajęć na jakie będę chodzić to w sumie bardzo mi się wydają te studia ciekawe. Na trzecim roku wybiera się specjalizację jedną z trzech:
  • Diagnostyka obrazowa
  • Genomika, proteomika i bionanoinżynieria
  • Neuroinżynieria
Brzmi fajnie, aczkolwiek nie skłaniam się jeszcze ku żadnej specjalizacji, jeszcze mam czas.
Mam nadzieję też zapisać się na jakieś koło naukowe jak już tam zacznę chodzić na zajęcia jesienią.

Dowiedziałam się też że może i dobrze ze zamierzam dojeżdżać bo kampus mimo że fajny i ładny to znajduje się w nieciekawej części miasta gdzie wieczorami spokojnie można wpaść na człowieka z bronią. Także... ta...

Poniżej kilka zdjęć które zrobiłam gdy któregoś zimowego dnia wybrałam się z koleżanką do UH (proszę wybaczyć jakość - robione kalkulatorem i ilość - wpadłam na zrobienie zdjęć za późno).

Dotykanie łapki ma podobno przynosić szczęście:


Wiewiórków pełno i bardzo blisko podbiegają, takie z nich przyjazne torby pcheł jak to my je tutaj uroczo nazywamy. 

Sztuka:

Jarałam się drzewkami i alejkami, bo za wiele nie ma terenów spacerowych w Houston.


Bardzo mi się podobał kampus, jednakże następnym razem porobię zdecydowanie więcej zdjęć.

Od 4 dni moja aplikacja ma status "complete" - czyli dosłałam już wszystkie niezbędne dokumenty. W ciągu 7-10 dni roboczych od tej zmiany statusu ma nadejść od szkoły mail z decyzją czy akceptują czy nie. Czekam bardzo niecierpliwie, bez przerwy sprawdzam mail:D Trzymajcie kciuki!


niedziela, 9 lutego 2014

Taaaakie tam o studiach

Wypadałoby napisać coś.

Nie wiem czy dam radę napisać dużo, bo cały ten weekend spędziłam męcząc się nad esejem na angielski. Powiem Wam że bardzo niecierpliwię wyczekuję ostatniego dnia tego semestru, który będzie ostatnim dniem ostatniego kursu języka angielskiego, który jestem zmuszona zaliczyć :) Ledwo dobrnęłam do tego 1000 słów :P Ale dobrnęłam. 1037 nawet jest!

Poznałam dużo fajnych osób na zajęciach w tym semestrze. Tzn powiedzmy tak: rozmawiam z ludźmi na lekcjach i tyle interakcji ile mam wystarczy mi póki co :D Zabrzmi to może głupio/dziwnie dla niektórych (może nawet i dla większości, moja własna Mama się dziwi) ale TRUDNO tak czy siak muszę powiedzieć że to i tak jest dla mnie spory postęp że gadam z kimś na zajęciach. Porównując to do tych dwóch nieszczęsnych lat w high - school'u jest to postęp nie do opisania. Niebo a ziemia.

I ogólnie jakaś nieziemska radość i energia wstąpiły we mnie ostatnio niewiadomo skąd.
Po chwilowym dołku jakiego doświadczyłam w okresie okołoświątecznym i tęsknotach, które skutecznie chyba w sobie zdusiłam -- jest normalnie :D

Zastanawiam się też ciągle nad tymi studiami. Rozmawiałam z jedną dziewczyną, która chodzi jednocześnie do tego naszego Houston Community College i do University of Houston (szkoły do której mam zamiar się wybrać). I dzięki niej doszłam do wniosków co poniżej są.

//Btw teraz taka myśl - wcześniej pisałam że idę do Texas A&M.. Cóż, zmieniłam zdanie. Here's why...

1. University of Houston jest w... Houston. Czyli można dojeżdżać tam niekoniecznie mieszkając na kampusie. Wszystkim się chyba wydaje że mieszkanie na kampusie to rewelacyjna sprawa, college expierience, itd... Ale uwaga zagadka! Wolisz mieć:

A) Około 25,000 dolarów długu mniej,
B) Około 25,000 dolarów długu więcej?

Także ja wybrałam odp A - Około 25,000 dolarów długu mniej i postanowiłam (ku uciesze Mamusi i portfela Tatusia ) pomieszkać z rodzinką jeszcze troszeczkę dłużej.

2. Rene chodzi do U of H i w sumie to ona może nie przekonała, ale po wielu rozmowach z nią sama  doszłam do wniosku że wolę U of H, o.

3. Byłam już na kampusie, podobał mi się.

4. Nic mi nie przebije już argumentu nr.1

No i ta laska też tak robi właśnie że wszędzie dojeżdża. Postaram się wiecej dowiedzieć jak się załatwia chodzenie do dwóch szkół naraz, policzę koszty i może postaram się zapisać już na jakieś zajęcia w U of H od następnego roku szkolnego!




sobota, 25 stycznia 2014

ICE-POCALIPSE 2014

No więc piątek był ciekawy dzień bo zimno i to dość poważnie, bo było chyba poniżej zera (w celcjuszach), szkoły pozamykane, do pracy nie kazali przyjeżdżać, zresztą i tak niektóre drogi były pozamykane więc nawet jak ktoś się uprze żeby jechać pracować (czyli jak np moja mama która strasznie chciała:P) to może się zdarzyć że dojazd nie będzie najciekawszy i może zająć nadzwyczaj sporo czasu (ale w końcu nie pojechała).

I ogólnie no rozumiem, bo lód na drogach to dość niebezpieczna sprawa, w Houston to się zwykle nie zdarza itd... ALE trochę się mozna pośmiać z paniki bo czemu nie:
:D

Także pogoda to jedna sprawa... W sumie nie obraziłabym się jakby już się zrobiło ciepło bo nie chce mi się ubierać w te wszystkie warstwy i chcę się ubierać WYGODNIE...Ale z drugiej strony nie chcę upałów więc może niech jest jak jest, koniec marudzenia :D

###

Mineły już dwa tygodnie semestru wiosennego. Na zajęcia z angielskiego jeżdżę do innego kampusu (Katy), który zrobił na mnie bardzo pozytywne wrażenie. Pierwsza sprawa to nie ma problemów z parkingiem. Mam zajęcia na chyba najbardziej ulubioną godzinę studentów tutaj (czyli na 11) i zawsze niezależnie od tego czy przyjadę wcześniej czy na ostatnią chwilę - zawsze jest sporo wolnych miejsc parkingowych. Na drugim kampusie (Spring Branch) zawsze o 11 byla masakra... Tam też mam zajęcia ale tym razem na 8 rano więc nie mam problemów.. o 8 mało osób przyjeżdża, bo nikt się nie chce zrywać wcześnie z wyra, wiadomo :P

Druga rzecz na kampusie Katy to taka że jak się wchodzi to na środku słuchajcie jest fontanna i roślinki i w ogóle jest tak...ładnie. I to w środku budynku tak. No ja byłam zachwycona. I ławeczki naokoło tego. Super sprawa.
 
Tylko układ jakiś dziwny mają, piętra, zakrętasy jakieś... Można się pogubić. Szczególnie ja mogę się pogubić, bo słabo się orientuję w przestrzeni :P Dla przykładu, Tata prosił w ostatni piątek żebym pojechała do jego pracy odebrać jego wizytówki. No i nie ma problemu ok, przyjeżdżam, dzień dobry ja tu po wizytówki... Wjeżdżam windą na 4 piętro, dokładnie jak Tata mówił. Wjechałam na 4 piętro, odebrałam wizytówki po czym rozejrzałam się naokoło i patrzę o! Winda! Nie muszę się cofać do korytarza bo winda jest dwa kroki ode mnie! Wsiądę!
Winda zamknęła się... ruszyła... i wyczułam wówczas że nie był to najlepszy pomysł. Wylądowałam w miejscu zupełnie innym niż powinnam. Okazało się że zjechałam windą dla robotników i znalazłam się w jakims magazynie czy coś kto to tam wie.. Na moje szczęscie były tam drzwi na dwór więc szybciutko wyszłam naokoło się przeszłam, weszłam głównym wejściem (bo wchodziłam jako visitor i musiałam się wypisać u pani recepcjonistki)... Pani recepcjonistka była zagubiona i z początku spojrzała się dziwnie i kompletnie nie rozumiała co ja w ogóle zrobiłam i jakim cudem to wszystko i właściwie dlaczego nie wróciłam tą samą drogą no ale cóż... Blondynki tak mają! ;p

###

Co do mojej pracy nad sobą no to ciężko mi idzie jeśli chodzi o regularną naukę - w pierwszy tydzień było jeszcze ok, teraz trochę gorzej... Ehh ja to zawsze na ostatnią chwilę odkładam wszystko... i to jest mój największy problem:P Tzn w końcu wszystko zrobię ale w stresie i w ogole:P

Ale zrobiłam pierwszy krok w sprawie pracy. Jest w szkole taka pani co pomaga pracować nad CV, przygotować się do interview i ogolnie pomaga w znalezieniu pracy. Rozmawiałam z nią w ten czwartek, zrobiła na mnie bardzo sympatyczne wrażenie. Aplikuję na pozycję asystenta w naszym szkolnym computer lab. Jeżeli to nie wyjdzie to jeszcze jest admission office gdzie również ponoć potrzebują asystentów, więc zobaczymy :) W poniedziałek mam kolejne spotkanie z tą panią i będziemy się przygotowywać do interview. Muszę przyznać że strasznie cieszy mnie współpraca z nią, co prawda rozmawiałyśmy tylko raz...ale już mam taką większą motywację do znalezienia tej roboty i dodaje mi to pewności siebie, bo jak próbowałam sama szukać to nawet nie wiedziałam od czego zacząć, za co się zabrać... a tak z jej pomocą myślę że w końcu mi się uda:) Trzymajcie kciuki za mnie!





czwartek, 2 stycznia 2014

Nooooi mamy 2014

Święta święta i po świętach.. Sam fakt przeżycia okresu przedświątecznego uważam za sukces. Ludzie na parkingach przed sklepami totalnie w innym świecie. Nie tylko kierowcy - piesi też. Masakra jakaś. Cieszę się że już po wszystkim.

Jako że Amerykanie nie obchodzą wigilii tylko Boże Narodzenie, zaprosiłam koleżankę amerykanską swoją do nas by mogła zobaczyć jak Polacy świętują sobie. Jedzenie coś nie bardzo jej podeszło. Myślę że to było za dużo nowych smaków naraz dla niej. Ale ogólnie podobało jej się. Zdjęć z wigilii niestety nie mam :< Powinnam popracować nad zdjęciami żeby ten blog był trochę ciekawszy, wiem.. Postaram się!

I nie wiem jak Was ale mnie święta cieszyły w tym roku przez chwilę dosłownie a później już tak nie bardzo... Starzeję sie pewnie :P

Przerwa od szkoły też jest taka dość długa co z jednej strony dobre i fajne ale z drugiej już jestem gotowa do nauki. A jeszcze mam wolne do 13.

Sylwester to w sumie jak zwykle spędziłam w domu, nic wielkiego. Co ciekawe dopiero w tym roku widziałam jakieś fajerwerki. W ubiegłym roku i dwa lata temu nic (tyle co w telewizji:P). Teraz właściwie tylko to co sąsiedzi odpalili. Nie ma tu za dużo strzelania bo to nielegalne. Kary w wysokości $500-$2000 za jeden fajerwerek!

Nie mam jakośtam dużo postanowień na ten rok, ponieważ zwykle robię sobie listę mało realnych planów którą potem i tak gubię a planów nie realizuję... Więc w tym roku zamierzam raczej na bieżąco wymyślać sobie cele i w ten właśnie sposób pracować nad sobą. Bo w końcu to że zaczął się nowy rok nie ma żadnego znaczenia, zmiany można wprowadzić niezależnie od daty...

Przede wszystkim na ten moment pierwsze zadanie to zapisać się na jakies koło naukowe w szkole, bo myślałam o tym już wczesniej ale jakoś nie zrealizowałam tego, więc teraz muszę i się zmuszę. Szczególnie że koleżanka się przenosi do innej szkoły to dobrze by było poznać nowych ludzi. Co jest dla mnie sporym problemem... No ale zobaczymy może się jakoś ogarnę w tej kwestii w końcu :D

Szczęśliwego Nowego Roku życzę wszystkim bardzo serdecznie!