czwartek, 26 września 2013

Pisarką nie będę

Ugh.
Męczy mnie...
Angielski...
Mówiłam że nauczyciel od angielskiego fajny. No i fajny. Tylko że trudny.

Męczę się teraz z esejem. Analiza tekstu. Może jak coś o tym tekście napiszę po polsku to da mi to do myślenia i jakieś nowe idee przyjdą do głowy. Bardzo mi potrzebne są. Muszę wysłać esej dziś do północy. Esej ma liczyć w sumie 1000 słów, ale na dziś mam mieć gotowe 800. Mam w tym momencie 730. No niby dobrze...
ALE ...nie podoba mi się ten esej. Jest z nim coś nie tak. I zdaję sobie całkowicie sprawę z tego, że tekst nie jest przeze mnie przeanalizowany wystarczająco. Wiem o tym, ale nie umiem głębiej dojść. Mam blokadę jakąś. Mój umysł nie ogarnia tego. Co autor miał na myśli? Nie wiem! Jego sprawa!
Ehh. Damn..

W każdym bądź razie, temat jest ciekawy. Tekst który analizuję jest fragmentem z książki o singlach. W tym krótkim eseju kobitka pisze o tym jak samotni rodzice są dyskryminowani przez społeczeństwo. Ponoć stereotyp wśród Amerykanów jest taki, że dzieci samotnych rodziców mają fatalnego pecha, zero przyszłości przed sobą i wszystko co najgorsze to przytrafi się właśnie im. Najgorzej jak dziecko mieszka z mamą tylko. Czemu niby właściwie? Nie wiem. Autorka się nie zgadza i podrzuca tabelkę z procentami dzieci które wpadają w narkotyki. I jest pokazany procent dzieci co wpadają w narkotyki mieszkajacych w różnych typach rodziny - z mamą, z tatą, z obojgiem rodziców, z żadnym z rodziców, z mamą i ojczymem oraz z tatą i z macochą. Co ciekawe najwięcej dzieci które wpadają w narkotyki to te mieszkające z ojcem i macochą. Aż 11.8%.

Z kolei procent dzieci wpadających w narkotyki a mieszkających z obojgiem rodziców (4.5%) jest bardzo zbliżony do tego jak mieszkających z mamą (5.7%). Więc autorka zastanawia się w ogóle skąd się wziął ten stereotyp skoro nie ma specjalnie podstaw jakichkolwiek to tej opinii. I że nie to jacy członkowie rodziny wychowują dziecko jest ważne, a miłość, uwaga jaka dziecku jest poświęcona i tak dalej. Ale niestety ani zgadzanie się z autorką ani wymyślanie argumentów przeciwko autorce nie jest moim zadaniem tylko analiza tego JAK ona przekazuje to co przekazuje, jakich elementów używa, dlaczego i jak pomagają one utworzyć efekt jaki wywołują na czytelniku.

W przyszłym tygodniu mam midterm i to już w ogole masakra. Analiza obrazka.. Dzizas mam ochotę schować się gdzieś. Byleby nie pisać tego tylko :<

A co do matematyki i problemu z nauczycielem to... kto dostał 100 % z pierwszego testu, no kto? :D

piątek, 6 września 2013

College

Jestem po dwóch tygodniach szkoły wiec trochę spóźniony post o college. A może nie aż tak spóźniony, w końcu po dwóch tygodniach mam więcej do powiedzenia niż miałam po pierwszym dniu, no nie? 

Zacznę może od tego że przeprowadziliśmy sie już w ubiegły weekend. Bardzo stresująca, przynajmniej dla mnie, bo miałam sporo nauki i bałam się że nie starczy mi czasu na wszystko. Taaak, mimo że pierwszy tydzień a już było sporo zadane. Mama sie smiała ze mnie, czemu się uczysz?! Przecież poszłaś na studia, a student dopiero przed sesją się uczy! No a tu się okazuje że nie, bardzo dużo do czytania, sporo prac domowych...
Ale przeprowadzka is over można powiedzieć, choć jeszcze walają się gdzieniegdzie nierozpakowane kartony, czy tak jak u mnie w garderobie, poukładałam w miarę rzeczy ale z połowe chcę wyrzucić. Jednakże nie marnowałam czasu na selekcję, poukładałam, zamknęłam drzwi i będę martwić się tym za jakiś czas. Natomiast przeprowadzka dała mi sporo do myślenia. Mam stanowczo za dużo rzeczy, i nadmiar przedmiotów wywołuje we mnie negatywne uczucia... Więc na ten moment mam w pokoju biurko i łóżko i definitywnie mam zamiar trzymać się tego. I o ile łatwiej utrzymać to w porządku! 

Ale wracając do szkoły.. Mam 4 przedmioty, o czym już pewnie pisałam wcześniej. W poniedziałki i środy mam learning frameworks i calculus. a we wtorki i czwartki chemię i angielski. 
Zajęcia trwają różnie. Frameworks np trwa półtorej godziny, calculus dwie ale zwykle nas profesor wypuszcza 15-30 min przed końcem ;D Z kolei chemia trwa 3h ale też wypuszcza nas pani przed czasem i mamy przerwę w srodku wiec idzie to przeżyć ;D A angielski trwa póltorej godziny ale zajęcia sa tak ciekawe że mija to bardzo szybko! 
Właściwie już teraz mam tych bardziej lubianych i tych mniej lubianych nauczycieli.. Na pierwszym miejscu stoi definitywnie profesor od angielskiego.. którego energię i osobowość U-WIEL-BIAM i mogłabym słuchac jego i jego żartów godzinami. Mówi bardzo szybko co sam zreszta powtarza ciągle i podkreśla, że jeżeli nie nadganiamy to będziemy mieli poważny problem. Natomiast ja nadążam więc problemu nie wyczuwam. No, lekko sie zdenerwowałam jak zobaczyłam na liście esejów, które będziemy tworzyć w tym semestrze esej na 1000 słów, hahaahh no ale, po to mamy lekcje żeby sie tego nauczyc więc... Nie tracę nadziei i liczę, że będzie dobrze :D Jest nieco wymagający. Na każdych zajęciach będziemy mieć (a już mieliśmy dwa) quizy na temat czytań które czytamy w domu. Wiem czytamy czytania,  masło maslane wyszło z tego ale wiadomo o co chodzi ;p Ma też sporo zasad, o których trzeba pamietać (odnośnie spóźniania, telefonów, przygotowania na lekcje itd...) Ale wolę jak mi ktoś da spis zasad i powie co wymaga, przynajmniej jakiś konkret jest a nie tam jakieś niewiadomoco .
Także mimo ze z lekkim stresem to przychodzę na jego zajecia zawsze usmiechnięta! 
Ah, w ogóle wlaściwe już mam czym pochwalić się. Na drugich chyba zajęciach angielskiego mieliśmy takie zadanie - free writing, gdzie mieliśmy przez 10 min pisać, najlepiej bez przerwy i bez odrywania ołówka od kartki papieru. Nawet nie mieliśmy za bardzo czasu na zastanowienie się nad tym co napisac. Nagle podał temat, włączyl timer i piszcie! Ja troszkę zdenerwowałam się bo czas leci, ja nie wiem co napisać, temat byl  o naszych wierzeniach/poglądach wiec ugh przez chwile myslałam że w nic nie wierzę! Ale w końcu cośtam naskrobałam. Na następnych zajęciach usłyszałam miłe słowo nawet. Profesor nie chciał wierzyć, że dwa lata siedzę w stanach, bo jak twierdzi, piszę lepiej niż niektórzy stąd ha :p także podniosło mi to samoocenę troszkę ! :)

Następna sprawa to chemia. Pani profesor od chemii jest uwazam przeuroczą kobietą. Uczy od, jak wspomniała, 20 lat, więc doświadczenie ma. Jest przemiła i ma cudowny akcent (jest z Indii myslę). Także lubię jej słuchać, i podoba mi się to jak mówi o chemii i o tym jak chce nas zarazić swoją pasją do tego przedmiotu, który, jak twierdzi nie jest aż tak trudny jak się większoćci wydaje i może być FUN :) 
Póki co chemia nie sprawia mi żadnych problemów, bo staram się być zawsze lekcje do przodu. Wszystkie powerpoint slides sa online, podręcznik mam więc czytam wszystko przed lekcją. Co ułatwia bardzo bo myslę, że jakbym tego nie robiła to byłabym już hoho mega do tyłu. Co prawda tracę czas który mogłabym przeznaczyć na sen ale ogarniam za to ;p

O learning frameworks za bardzo nie wiem co powiedzieć. Glupie zadania mamy, takie troche "highschoolowe"... czyli po prostu nie wiem z lekka bezsensowne i będące stratą czasu, jak dla mnie. Np w ubiegłym tyg zadane mieliśmy tzw "HCC Challange" (HCC to skrót od nazwy szkoły - Houston Community College). No i mieliśmy do uzupełnienia tabelkę. W pierwszej kolumnie było podane pytanie, w drugiej mieliśmy wpisać gdzie możemy znaleźć na nie odpowiedź (w jakiej części szkoły, w jakim biurze czy moze bibliotece itp) a w trzeciej wszelkie informacje kontaktowe osób czy biur gdzie można sie z danym problemem zgłosić. 
Tylko że np kilka pytań było durnych. Np. "Muszę z kimś porozmawiać ale jest 2. AM"
....
Albo "Potrzebuję znaczki bo chcę wysłać listy do rodziny"
....

Bez komentarza zostawiam to ;D 

Innym pytaniem było, "Gdzie mam iść jak się źle czuję". No i jak zwykle w szkole sa jakieś pielęgniarki czy coś, tak tu nie ma. To akurat stwierdziłam że dobrze wiedzieć, że jak źle sie poczuję to hmm po prostu muszę jechać do lekarza I guess ;D

I na koniec zostawiam calculus... Pan od matmy jest... Hmm... Dziwny. Nie wiem za bardzo nawet co o nim powiedzieć. To że nic nie wynoszę z jego zajęć chyba jest jedyną rzeczą jaka przychodzi mi do głowy. Co ciekawe, ostatnio na lekcji dziewczyna zadała pytanie, na które akurat znałam odpowiedź, i myślę, że można było na nie bardzo prosto odpowiedzieć. Natomiast jego odpowiedź była tak skomplikowana że już przez chwilę chciałam zwątpić czy ja faktycznie rozumiem to zagadnienie.. NO... ALE...CÓŻ... 

Także to tyle. No co mnie cieszy bardzo to to, że jedna z fajniejszych osób które miałam okazję poznać tutaj - koleżanka z high school - Rene chodzi ze mną do tej szkoły. Chyba coś kiedyś wspomniałam o niej. Bez niej pewnie byłoby dużo ciężej ;p Pomagamy sobie w nauce trochę, ona mi z angielskim (ostatnio analizowałysmy wyjątkowo paskudny wiersz ;p w sensie ciężki do zrozumienia) ja jej z matma (bo ona robi akurat pre-calculus, coś co się bierze przed calculus, więc ja odswieżam wiedze, a ona się uczy;p) 

Także podsumowując, bo muszę już kończyć i uczyć się matematyki... Jest dobrze, czasem trochę ciężko, muszę przywyknąć do tego jak jest, i będzie dobrze :) 

wtorek, 20 sierpnia 2013

College Textbooks

Dużo miałam stresów...przez ten college ;p a teraz właściwie niecały tydzień pozostał do nowego semestru. Wyjaśnilam już sprawy związane z tym całym rejonem i kosztem in district/out of district. W końcu koszt za semestr wyszedł ok $1000.

I słyszałam że książki drogie są, ale pomyślałam sobie... Będę mieć 4 przedmioty, no to 4 książki... Powiedzmy że koszt jednej to $100... Nie będzie tragedii.

Eheehh

Weszłam na stronę szkolnego sklepu z podręcznikami, wpisałam przedmioty po kolei, i jakieś tam numery co miałam przy nazwie klas. I potem wyskoczyła lista tego co muszę kupić i obok ceny.

Oto ta lista:

  1. CHEM 1411
  • CHEM 1411 PKG VOL.1 1/CONNECT- koszt: $80.35 - $107.15
  • CHEMISTRY 1411 LABORATORY MANUAL - koszt. $28.50 - $38.00
  • CHEMISTRY - STUD.SOLN.MAN - $44.85 - $99.65
  • CHEMISTRY-STUD.STD.GDE - $71.00 - $94.65
  • CHEMISTRY 1411 text alone- $80.35 - $107.15
    2. EDUC 1300 
  • CORNERSTONE COLLEGE SUCCESS - $48.75 - $65.00
    3. ENGL 1301 
  • BEDFORD READER - $30.60 - $68.00
    4. MATH 2413 
  • CALCULUS TEXT - $132.50 - $262.65 !!!!!!!!!!!
  • CALCULUS STUD.SOLN.MAN.,V.I - $52.45 - $81.35
  • MATH+SCIENCE - MULTITERM ACCESS CODE  ((whatever it is, no idea))  - $80.75 - $107.65
**jak pokazana jest cena, to ta niższa za książkę używaną, a wyższa za nową

Więc co zrobiłam, to dzieki radzie Eli, bez której nie wiem co bym zrobiła :)) wypożyczyłam 3 książki na semestr, co zmniejszyło koszt, a resztę kupiłam na Amazon. Niektóre używane, niektóre nowe ale i tak na Amazon tańsze niż w tym szkolnym sklepie... Ale niestety niektórych nie mogłam na Amazon znaleźć i na szkolny sklep i jego kosmiczne ceny byłam skazana;p

Bo ceny naprawdę z księżyca trochę no nie?

poniedziałek, 19 sierpnia 2013

Wejkejszyn

Tak napiętego grafiku na wakacjach jeszcze nie miałam. Nie dość że miałam plany w ciągu dnia to i zdarzało się że i w nocy. W poprzednim poście pisałam że nie idę spać, w końcu przespałam się ze trzy godzinki, ale strasznie się wstawało potem. Rano pojechałam pieska zawieść do znajomej mamy, Basi, która zresztą jest z przymorza. Później do domu, jeszcze trochę rzeczy dopakować, prysznic, śniadanko i ruszalismy na lotnisko. Lot mieliśmy do Frankfurtu, a potem do Gdańska. W samolocie do Frankfurtu było bardzo komfortowo, ogromny samolot, dwupiętrowy. Każdy miał przed sobą telewizorek z serialami, filmami i muzyką. Strasznie sie cieszyłam, bo jak leciałyśmy z Mamą dwa lata temu, to nie było takich luksusów;p Ale moja radość nie trwała długo.... Zaczęłam od jakiegoś starego odcinka grey's anatomy. Obejrzałam, zaraz po tym dostaliśmy obiad. Po jedzeniu stwierdziłam że włączę sobie jakąś muzyczkę co tam znajdę w tym telewizorku i prześpię się. Ale włączam płytę i nic nie słyszę. Zerknęłam, sprawdzić czy słuchawki podłączone. Podłączone. Poprosiłam rodziców o inne słuchawki żeby zobaczyć czy może słuchawki są popsute, ale nie. Po prostu ten telewizorek coś popsuty. Panią stewardessę poprosiłam o pomoc, powiedziała że mi zresetuje ten sprzęt. Resetowała dwa razy i nic. Kurczę, zdenerwowałam się, ponieważ jak przeglądałam filmy to cośtam ciekawego widziałam, no i w ogóle cholera czemu  akurat ja!

Poddałam się.

Po chwili pani jakaś gadała, w sensie no, ogłoszenie było. W tym momencie wszystkie telewizorki zawieszały się, wiecie o co chodzi. No i jakoś to dobrze zadziałało na ten mój i zaczął znowu działać ;p Jakiś film włączyłam, zadowolona...Ale co ja film zaczynałam oglądać to spać mi się zachciewało. Co wyłączałam i próbowałam spać, to nie mogłam. Haha takie problemy miałam! ;pp

Potem w końcu udało się, w samolocie zrobiło się ciemniej i jakoś udało mi się przysnąć. Nad ranem dawali śniadanko, wciągnęłam wszystko równo, tylko masło zostało, tak zgłodniałam. Potem wylądowaliśmy, godzinę szliśmy przez lotnisko na następny samolot (lotnisko we Frankfurcie spore), i do Gdańska.

Dziadzio przyjechał po nas, załadowaliśmy się do Dziadziowej tojotki, i pojechaliśmy. Zostawiliśmy bagaże w mieszkanku w którym mieliśmy mieszkać przez następne dwa tygodnie, ogarnęliśmy się, a potem na obiad poszliśmy do Dziadków. Na obiad schabowe, ziemniaki, na deser serniczek. Smacznie bardzo :)

W nocy spałam takim półsnem, a nad ranem to już w ogóle słabo, bo rozregulowałam się. Ale szybko się przestawiłam, bo padałam na twarz codziennie wieczorem.

W ogóle pogoda z lekka zaskoczyła mnie. Nastawiłam się na to ze jakoś...ochłodzę się w czasie pobytu w Polsce. A tu wręcz przeciwnie! Upały! Może na dworzu nie było tak źle jak w Houston...Ale w domu, masakra trochę. U nas jest w końcu klimatyzacja, a w Polsce jak jest upał to już na całego! Nawet robienie przeciągów nie pomagało. Siedziałam sobie z dziewczynami moimi któregoś wieczora i tak nie dawałyśmy rady że chowałyśmy ręce do zamrażarki.... Przynosiło ulgę. Na 5 sekund bo dłuzej nie dało rady trzymać ale zawsze coś ;p

Poniedziałkowy i wtorkowy poranek spędziłyśmy z mamą na ekhem... fryzjera, paznokcie... :D Oh jaka byłam zadowolona o ludzie... Potem zakupy... Ahh.. Dobre wspomnienia... ;)

Z niczego jednak nie byłam tak zadowolona jak z możliwości zobaczenia się i spędzenia czasu z Rodziną i znajomymi. Po dwóch latach kontaktowania się internetowo, w koncu można było normalnie, po ludzku porozmawiać. Tylko szkoda że tak krótko!

Ku mojemu zdziwieniu w ogóle nie poszłam do baru mlecznego jak planowałam, babeczkę kajmakowa od sowy kupiłam ale nie smakowała mi jak wcześniej:< nie byłam w naleśnikarni Manekin, hahhh nie biegałam codziennie nad morze, powiem wiecej ani razu nigdzie nie biegłam...

Ku mojej satysfakcji mogłam legalnie kupować i pić alkohol.....Tu w US jeszcze następne półtora roku nie mogę nawet wejść do monopolowego. Z drugiej strony po co, i tak by mi nie sprzedali. Tutaj pytają nawet moich rodziców o prawko żeby spojrzeć na datę urodzenia... To znaczy pytają bo muszą datę urodzenia wpisać. Ale i tak w Polsce nikt się mnie nie pytał. Dziwne, dziwne, bo raczej powinni no nie?
A kurcze ciagle nosiłam ze sobą przygotowane;p I czekałam na moment aż ktoś poprosi, bo bardzo byłam ciekawa reakcji sprzedawcy na widok mojego teksańskiego prawa jazdy... Znajomi podpowiadali żeby w razie co po angielsku powiedzieć, albo z akcentem mocnym chociaż, że ja tu zapomniałam język polski i przyjechałam z America for a vacation ;p

Inna sprawa, sklepy. A raczej sprzedawcy. Tutaj, w US na początku oczywiście dziwilo  mnie to, ale teraz nie wyobrażam sobie wizyty w sklepie bez tego. Chodzi mi o uprzejmość. Może jest to wyuczona uprzejmość, ale nie obchodzi mnie to ;p Jakoś dużo bardziej wolę jak witają mnie w sklepie, pytają co u mnie i czy coś mi pomóc, a gdy kupuję pytają czy wszystko co chcialam znalazłam, dziekują i życzą miłego dnia. Natomiast w Polsce tak przykro trochę, jedyną rzecz jaką jedna pani sprzedawczyni była w stanie z siebie wydobyć to "5 groszy będzie?"... o braku kontaktu wzrokowego i uśmiechu nie wspomnę. :(

Podczas pobytu tam, kompletnie straciłam jakiekolwiek poczucie czasu... Któregoś dnia pamiętam zastanawiałam się czy to jeszcze pierwszy tydzień, czy jednak już drugi mojego pobytu... Gdyby nie fakt że wpisywałam sobie do kalendarza w telefonie co kiedy mniej więcej robię, nieźle pogubiłabym się. Wszystko działo się tak nagle, szybko.
Wydaje mi się, że dwa tygodnie to było zdecydowanie za mało, żeby móc nacieszyć się wszystkimi.
Szkoda, że niektórzy powyjeżdżali akurat w te dni jak przyjechałam, ale nie szkodzi, nadrobi sie następnym razem!

Wiem że ten wpis pomieszany taki trochę, ale jakoś nie wiedziałam w ogóle jak się zabrać za niego, co napisać a co nie... Także wygląda jak wygląda, trudno! ;)

piątek, 26 lipca 2013

Stresy cd.

Postanowiłam nie iść dziś spać.
Po pierwsze dlatego że był dziś bardzo emocjonujący dzień. A po drugie, jutro, a właściwie już dziś - lot. Dwa lata temu było podobnie - noc przed lotem nie mogłam spać. Próbowałam usnąć, po czym poddawałam się i słuchałam muzyki, potem znów próbowałam zasnąć. I tak w kółko.

Ale w sytuacji gdy człowiek rozemocjonowany to klejące się oczy i fizyczne zmęczenie nie wystarczą żeby zasnąć. Przynajmniej ja tak mam.

A czemu dzisiaj było takie stresujące.
Pisałam w poprzednim poście jak to usiłowałam wczoraj zapisać się na klasy. Po wypelnieniu residency questionnaire pokazało mi się że jestem out of state student. Pani z którą sobie czatowałam online wysłała mi stronę z informacjami na temat dokumentów które mają być dostarczone by wyjaśnić sprawę. Ja...Oczywiście nie doczytałam -.- tak jak trzeba i spojrzałam na inną kolumnę dotyczącą zmieniania statusu owszem , ale z "out of DISTRICT" na "in DISTRICT". Nie do końca wiem jak wytłumaczyć district. Chodzi myślę o coś takiego jak rejon w Polsce. No więc, oczywiście o północy, chwilę przed snem stwierdziłam że jeszcze raz zerknę czy mam co trzeba, żeby było gotowe na następny dzień i patrzę...aaaaaaa, a to ja jednak więcej trochę tych papierów potrzebuję. Okazało się że mam dostarczyć rodziców tax returns z poprzedniego roku (podatki). Ja nie wiem gdzie takie dokumenty się znajdują, a Tata śpi. Więc wysłałam maila, żeby rano mógł przeczytać, ale wściekła na siebie siedzę... Rano Tata mnie budzi i mówi tu masz, tu twoje nazwisko, tu to, wszystko cacy myślę sobie. Śniadanko, herbatka, spacerek. Wsiadam do samochodu, jadę sobię, zadowolona, wszystko mam.

Ehe.

Przychodzę, mówię do pana w recepcji co za sprawa, bla bla bla, on mówi ok, ale nie masz wszystkich papierów co trzeba. Ja mówię jak to?! A ten na to, że muszę jeszcze przywieźć list - z firmy potwierdzenie że mój Tata pracował tu od 12 miesięcy, oraz jego prawo jazdy.
Ugh.
Wkurzona, wracam. Szybko przez telefon powiedziałam Rodzicom o co chodzi, ok, też się wkurzyli, że ich tam w tej szkole chyba popierdzieliło. No, a na dodatek office otwarty w piątek do pierwszej tylko. Więc czas goni, a ja dokumenty chcę dostarczyć ponieważ bardzo chciałam zarejestrować się na zajęcia jeszcze przed wylotem.

Udało, się wszystko mam, o 12 pojechałam, z dokumentami, ze wszystkim.

Załatwione. Ulżyło mi.

Jeszcze przed powrotem ze szkoły stwierdziłam, a zajadę do Hobby Lobby. Chciałam karteczki koleżance kupić. Już stoję przy kasie, wyciągam kartę, wklepuję pin... I mi odrzuca kartę. I wiecie kurde jak to głupio jest stać przy kasie, ludzie za tobą, już trzeci raz próbujesz, a kartę odrzuca. Zawstydzona i znowu zdenerwowana podziekowałam, wracam do samochodu. Zwykle nie mam na koncie za dużo, ok przyznaję. Ale wiedziałam że COŚ tam mam na pewno. Więc szybko wchodzę na konto, patrzę o co chodzi, i faktycznie kurde dolar pięćdziesiąt na koncie. DOLAR PIĘĆDZIESIĄT. Patrzę, na co ja tyle nawydawałam. I ostatnia pozycja -$12 "service fee". Hmm... Jakie kur....de service fee? Dobra, pomyślałam, pierniczę, później się zastanowię, jadę do domu.

Wróciłam, postanowiłam zapisać się w końcu na zajęcia.

Trwało to ponad godzinę.

Bardzo dużo do wyboru profesorów, godzin, dni itd. Słyszałam od znajomych o stronie "Rate my professors"., gdzie uczniowie dzielą się przemyśleniami na temat profesorów.  Weźmy dla przykładu pana Andrew, którego nie znam, ale możecie zobaczyć sobie  na jego przykładzie jak ta strona działa. Uważam że bardzo fajne, było pomocne przy wyborze. Ale dlatego też ten wybór był tak czasochłonny.

Po wybraniu zajęć trzeba zapłacić, i jest to ostatni krok oczywiście w tymże procesie. Ale jeszcze zanim się zapłaci to pokazuje system czy możesz się zapisać na tą klasę czy nie. No i pokazało mi, że nie mogę zapisać się na angielski. No to ja znowu wchodzę na czat, i wyjaśniam pani Kate sprawę i pytam o co chodzi i co jest problemem. Coś zmieniła na moim koncie. Niestety nie na tyle żebym mogła się zarejestrować. Powiedziała, że ona nie ma możliwości zrobić nic więcej, że muszę to załatwiać w Admission office ze swoim counselor...Office zamknięte o 1... A była już chyba 3, może koło 4. Także nic z tego. No już stwierdziłam trudno z tym angielskim, załatwię najwyżej po powrocie.
Jeszcze jeden problem się pojawił po drodze.
Stwierdziłam, że zapłacimy chociaż za te pozostałe 3 klasy. No a rachunek wystawiło na $1,500.
Huh??
Ale...
Jak..
Że...
Ile?

Taa, stwierdziłam, że może zmienili mi na IN STATE, ale że możlwie jest że jestem out of district teraz jakimś cudem (co jest btw niemożliwe żebym była out, w sensie no jestem w tym rejonie)... Także znalazłam adresy mailowe tych counselors na stronie szkoły, nasmarowałam maile do dwóch. Tak w razie czego. Jakby jeden nie ogarniał, to może drugi ogarnie.

Ale pomyślałam, przecież musimy dziś zapłacić, nie możemy czekać. Payment trzeba zrobić do północy, bo inaczej klasy przepadają....

Masakra.

Wszystko pod górkę! Poprosiłam Tatę, aby dokonał płatności mimo to, ale nie wpłacał całej kwoty (jest możliwość ustalenia sobie planu płatności, że troche płacisz na początek, trochę później)..... Tak też zrobiliśmy.

A, no a teraz wracając do mojego kochanego banku. Spojrzałam na wszystkie wpłaty wypłaty i okazało się, że oni ciągną tak ode mnie te 12 dolarsów już od jakiegoś czasu. 6 razy tak zrobili!!! 72 dolary! Czujecie to.
Znów smarowałam mail, tym razem do obslugi banku, że bardzo proszę mi oddać pieniądze, i wytłumaczyć za co te service fee.
Oddali mi 12 -.-
I powiedzieli że moje konto przestało być High School account po moich urodzinach. I że od tamtego czasu stało się kontem że tak powiem normalnym, i że gdybym utrzymywała staly balans $5000 miesięcznie to spoko, service fee by nie było.

Mogli jakoś tak...poinformować mnie o zmianie?
$5000 no błagam!

Serdecznie pociękowałam za serwis, i powiedziałam, że w nastęnym miesiącu znajde sobie konto w lepszym banku gdzie nie ma takich opłat, więc się mogą ten tego.

Potem odstresowywałam się zmieniając wygląd bloga. Jak widać.

A teraz siedzę sobie.
Spakowana już.
Oczywiście wydaje mi się że za dużo mam rzeczy i że na pewno jest coś czego nie spakowałam.




czwartek, 25 lipca 2013

College, stresy i masło orzechowe

Byłam ostatnio w szkole, do której  będę chodzić w przyszłym roku. Musiałam dostarczyć dokument potwierdzający wszystkie moje szczepienia, transcript (lista wszystkich przedmiotów zaliczonych w przeciągu ostatnich czterech lat wraz z ocenami, wynikami testów SAT i TAKS i generalnie sporą ilością informacji na mój temat, a to wszystko na tylko jednej kartce papieru!) i porozmawiać z counselor. (Counselor to taki doradca, pomaga wybrać przedmioty, odpowiada na pytania dotyczące zapisywania się do szkoły, transferowania do uniwersytetu i tak dalej).

Dałam dokument o szczepieniach, podpisałam potwierdzenie dania dokumentu, a później pani kazała mi wpisać moje imię i nazwisko do komputera. Po wpisaniu imienia pojawiły się trzy nazwiska counselors spośród których miałam wybrać jedno. Jako że żadne nazwisko mi nic nie mówiło, to wybrałam pierwsze lepsze. I w momencie gdy kliknęłam OK to moje imię i nazwisko pojawiło się wraz z nazwiskiem pani którą sobie wybrałam, na telewizorze znajdującym się w poczekalni, w której czekałam około 5 minut. Także chwila minęła i zawołała mnie ta wybrana przeze mnie pani. Okazała się być przemiła. Zaprosiła do gabinetu, zapytała oczywiście jak się czyta moje nazwisko, chwilę poćwiczyła wymowę, w końcu wyszło jej wspaniale, chwilę jeszcze pogadałyśmy o tym skąd jestem i przeszłyśmy do rzeczy. Wydrukowałyśmy degree plan czyli spis wszystkich przedmiotów, które będę musiała zaliczać przez najbliższe cztery lata. Powiedziała, że zanim konkretniej pogadamy o planie lekcji muszę najpierw napisać placement test, by w razie gdybym była do tyłu z matematyki lub angielskiego musiałabym zaliczać jeszcze inne kursy i testy, żeby nadrobić zaległości.

Oczywiście jak to w Ameryce - napisanie testu kosztowało 25 dolarów... Czas nieograniczony, mi zajęło około trzech godzin, ale zacznę od początku.

Na test pojechałam tydzień po rozmowie. Stresowałam się oczywiście, nie tak bardzo samym testem ile trasą do tej szkoły...W ogóle wstałam godzinę później niż chciałam, co już mnie lekko wyprowadziło z równowagi. Po drugie, samochód mam, ale nie jeżdżę jakoś strasznie dużo. To znaczy, inaczej - jeżdżę po trasach znanych mi - do sklepu, na fitness, do koleżanki, wszystko co jest w okolicy domu. Nowa szkoła jest nieco dalej, (20-25 minut jazdy) i kawałek drogi to trasa szybszego ruchu niż ten do którego przywykłam. Generalnie,jeśli jadę z kimś i ten ktoś szybko prowadzi to jestem ok, spoko, ale jeśli ja mam jechać szybko i jeszcze zmienić pas (!) to już trochę się denerwuję. Także ulicami gdzie jadę prędkością dla mnie jak najbardziej komfortową dojeżdżam do takiej drogi, która nazywa się Interstate 10 Frontage Rd i jest drogą która ciągnie się wzdłuż autostrady.  Droga jest trzy/cztero pasmowa i dojeżdżam nią do mega skrzyżowania, które gdy zobaczyłam po raz pierwszy to zrobiłam taaakie wielkie oczy... Konstrukcja dróg robi wrażenie. I jadąc muszę pamiętać kiedy zmienić pas, jak się pojawią trzy pasy do skręcania w lewo to na którym mam się ustawić i tak dalej... Ale pewnie kilka takich jazd w tę i z powrotem i się przyzwyczaję.
Tak ta zawijanka dróg wygląda z góry. Nieźle, co?



W każdym razie, jeszcze przed wyjazdem, spojrzałam na karteczkę, którą dostałam od pani counselor , gdzie znajdowały się informacje co to za test, z czego, gdzie, jak znaleźć pytania przykładowe itd. Chciałam z rana jeszcze te przykładowe pytania porobić, więc biorę karteczkę do ręki, otwieram komputer.... Patrzę, a na kartce jest napisane że Testing Center, w piątki (a był to właśnie piątek) jest otwarty do godziny 1. Była 10 z kawałkiem. Test podobno trwa 3 godziny. Więc stres znowu, ale stwierdziłam że i tak pojadę. Zastanawiałam sie jak ja ten Testing Center znajdę wśród tylu korytarzy, ale ku mej radości na ścianach w szkole są mapy, kierunkowskazy (oh jak było mi to potrzebne dwa lata temu w Westside HS!!) więc raczej bez trudu znalazłam salę. Na drzwiach napisane jeszcze inne godziny - że do 12. Załamałam ręce, już wyciągam telefon, chciałam karteczce z godzinami zrobić zdjęcie, ale nie zdąrzyłam bo jakaś pani mówiąca z indiańskim, to znaczy hinduskim ;) akcentem zaczepiła mnie. I mówi, że owszem od 9 do 12 ale PRZYJMUJĄ  w tych godzinach, a zamykają o 3:30. A nawet jeżeli nie zdąrzę napisać, to mogę spokojnie dokończyć innego dnia. Ulżyło mi, (zdecydowanie za dużo panikuję) poszłam zapłacić za test i zasiadłam za ekranem komputera.  Najpierw było czytanie...Nie przepadam za tą częścią testu, ponieważ nudne artykuły o rolnikach, czy zwyczajach ludzi jeżdżacych rowerem do pracy nieszczególnie mnie interesuje. Później była matematyka, która poszła mi szybko i raczej bezproblemowo (thankyougodformrfrench). Na koniec pisanie, które polegało na poprawianiu błędów w dwóch czy trzech esejach, co też raczej lubię, bo w miarę łatwo zauważam błędy, a potem sama musiałam napisać esej. Zdąrzyłam przed 3:30 więc wszystko dobrze się skonczyło. Pani od razu wydrukowała wynik.

Apropos jeszcze tego eseju/eseja (?), tematem było mieszkanie na collegowym kampusie vs. mieszkanie poza kampusem w apartamencie. Dało mi to do myślenia i sama teraz przemyśliwuję, gdzie wolałabym zamieszkać w moim wymarzonym A&M. Na szczęście jeszcze jest czas.  Szczerze mówiąc, skłaniam się do uczęszczania w Houston Community College więcej niż rok. Ze względu oczywiście na pieniądze. Szczerze, przerażają mnie koszty uniwersytetu. Chciałabym do A&M oczywiście pojechać wcześniej, bo naprawdę jak pomyślę sobie o tych moich przeprowadzkach... Rok w mat-fizie, rok w biol-chemie, 2 lata w Westside, 2 lata HCC, 2 lata A&M... Ale może tak już ma być, no zobaczymy.

Tak czy siak,gdy skończyłam test, Admission Office było już zamknięte, musiałam czekać do poniedziałku z ponowną wizytą u counselor. A porozmawiać musiałam znów - o tych właśnie wynikach testu. Które jak się później okazało są dobre, i nie mam co nadrabiać, od razu idę na college level classes.

Powiedziała mi że klasy do których mam się zarejestrować to:
EDUC 1300
ENGL 1301
BIOL 1406
MATH 2413

Cokolwiek te numery oznaczają ;)

Nie no, znaczą te numery, i to znaczą dużo. Np MATH 2413 to calculus a MATH 1324 to algebra. Plus, musze wiedzieć które klasy muszę zaliczać zgodnie z planem zajęć mojego kierunku w A&M, żeby mogły się transferować z HCC i żebym nie musiała niczego powtarzać.

Chciałam już dziś zarejestrować się na te zajecia... Najpierw musiałam uzupełnić Residency Questionnaire, żeby stwierdzić czy jestem in state czy out of state student. Zwykle dla tych z innych stanów koszty są większe. Przykładowo, w mojej szkole jeden semestr dla in state to $880 a dla out of state to $2030. No i nie mam pojęcia czemu, ale system pokazał że jestem US resident ale out of state. Nie rozumiem zupełnie dlaczego, skoro trzy razy wpisywałam adres do systemu, i w ogóle...Może gdzieś przypadkiem coś źle kliknęłam... No w każdym bądź razie, skontaktowałam się z jakąś doradczynią online, co generalnie uważam za bardzo pomocne, że można w kwestii jakikolwiek pytań wejść na stronę szkoły i porozmawiać na czacie z jednym z doradców. Szczególnie jest dobre dla osób które nie lubią rozmawiać przez telefon!
No i okazało się, że faktycznie coś musiało pójść nie tak, pani wysłała mi link z listą dokumentów, z których mam przywieźć dwa żeby mogli to zmienić w systemie. Czyli np. prawo jazdy i ubezpieczenie samochodu. Trochę się zdenerwowałam (ah! znowu!), że takie komplikacje, ponieważ piątek chciałam poświęcić na pakowanie. Nawet nie wiem jeszcze co chcę wziąć do Polski, nie wiem w ogóle jakie ciuchy wziąć, bo z tego co słyszę to raz zimno, raz ciepło, raz pada, a raz piękna pogoda.. Także chyba każdy rodzaj ciuchów trzeba spakować. W razie czego. A jak coś to najwyżej pójdę na zakupy. Taki zresztą mialyśmy początkowy plan z Mamą - bierzemy puste walizki i obkupujemy się w Polsce!
Na pewno nikogo nie zaskoczę jak powiem, że wyjazd również mnie stresuje. Tylko że tutaj już trudno mi określić o co dokładnie mi chodzi.

Ale jakoś te stresy trzeba wyladować. Najpierw sie wytańcowuję na zumbie po której zawsze czuję się cudownie. Natomiast po tym...wracam do domu głodna.
Zacznę od tego, że w Polsce spotkałam się z masłem orzechowym owszem, ale tutaj w Stanach są różne rodzaje. Są crunchy (z kawałkami orzechów), extra crunchy(ze sporą ilością kawałków orzechów), są zmieszane z czekoladą (bomba kaloryczna!!) no i zwykłe takie bez orzechów też mają. ;)

W Ameryce masło orzechowe jest dość popularne, jest sporo produktów z masłem orzechowym no i wiele rzeczy można zjeść z masłem orzechowym. Lody, czekoladę... ;)

Oto bardzo popularna kanapka to peanut butter jelly sandwich:



Yum.
Aczkolwiek ja jadam bardziej dietetyczną ;) wersję tego i ja biorę sobie banana albo jabłko, kroję na kawałki i smaruje masłem orzechowym. Mogłabym jeść tylko to......



A to wszystko dlatego, że....



środa, 3 lipca 2013

Whywhywhy

Jako że jestem osobą dość wrażliwą to łatwo tracę nerwy w niektórych sytuacjach. Trochę przesadzam, nie aż tak łatwo, po prostu denerwuję się czasami.
Ale takimi tam głupotkami.

Nie chcę nikogo trzymać w niepewności. To co mnie ostatnio denerwuje i powoduje, że tracę cierpliwość to... PTAKI. Zastanawiacie się dlaczego! Otóż już mówię dlaczego. Moje łóżko stoi bardzo blisko okna. . . .W którym szyby są cienkie jak kartka papieru (lekkie wyolbrzymienie), dzięki czemu słyszę wszystko co się dzieje na podwórku, intensywnie tak, jakbym faktycznie stała na zewnątrz (brak wyolbrzymienia, totalnie prawdziwe, serio tak jest, nic a nic nie żartuję, powaga).

I od kilku miesięcy budzą mnie właśnie ptaszory. A ktoś mówił, że mnie to nic nie zbudzi.

Niektórzy pewnie by powiedzieli że ojj Iga nie przesadzaj, ptaki potrafią pięknie śpiewać, ich dźwięki są jak muzyka. . . . I ja jestem z tym ok, zgadzam się, potrafią pięknie trelić i świergolić ale bardzo proszę, może nie wówczas gdy ja próbuję spać. . .

Dlaczego w nocy? Why why why? Por qué? почему? Proč? Pourquoi?
(źródło: http://translate.google.com/#auto/fr/dlaczego)
I również obrazkowo:

No więc jak na prawdziwego pasjonata biologii przystało zrobiłam zaawansowany risercz.

Haha nie no, będę szczera, akurat to nie ta część biologii mnie interesuje.

Ale tak czy siak, według mojego zaawansowanego poszukiwania informacji na ten temat. . . . . wynika, że ptaki powinny być raczej aktywne ZA DNIA. Natomiast niektóre ptaki są aktywne w nocy i nazwa, na którą natknęłam się podczas moich wyczerpujących poszukiwań to "mockingbird', który tłumaczy się na polski wg. google translate "przedrzeźniacz". Gnojek wygląda tak:



I jest to najprawdopodobniej ten właśnie osobnik, co mi nie daje spać, a sądząc po dźwięku to raczej jestem przekonana, że to ten.
Miłego słuchania.


Dźwięki, które on wydaje mogą brzmieć uderzająco podobnie jak dźwięki innych ptaków, ponieważ ten jakże utalentowany "przedrzeźniacz" naśladuje dzwięki innych ptaków i co ciekawsze zwierząt, w swoich trelach. Ciekawe, bardzo ciekawe. A ich cel to oczywiście podryw i informowanie innych przedrzeźniaczy, że to terytorium jest jego terytorium. Może i dobrze, niech pilnuje terenu. Chyba bym zwariowała jakby coraz więcej takich się zaczęło zlatywać. Im mniej takich śpiewaków w okolicy tym lepiej.

Zamieszkują Amerykę Północną, i według tej mapki. . . . przez cały rok:


I znów, że tak się wyrażę...